O czym jest ten film
- To pierwsza od ponad dwóch lat pogłębiona rozmowa Alii Bhatt z mediami — przez ten czas po prostu nie miała nic nowego do powiedzenia.
- Aktorka opowiada o klinicznej diagnozie ADHD i zaburzeń lękowych. Zrobiła badania, bo ciało zaczęło fizycznie reagować na towarzystwo, a pamięć zawodzić — i podkreśla, że diagnoza przyniosła jej ulgę, nie wstyd.
- Szczerze o macierzyństwie: na uczucia po narodzinach dziecka nie da się przygotować, a niepokój nie znika — zmienia tylko formę wraz z wiekiem dziecka.
- Jej recepta na rodzicielstwo: idealny rodzic nie istnieje, realny cel to być „wystarczająco dobrym” i pomagać dziecku przeżywać każdą emocję, nie tylko wygodną radość.
- Od narodzin córki raz w miesiącu wysyła na jej adres e-mail ze zdjęciami i notatkami — „żywą księgę wspomnień”, którą planuje wręczyć dziecku, gdy dorośnie.
- O przyjaźni: dziewięć przyjaciółek rozsianych po świecie utrzymuje więź od dzieciństwa — dzięki ich cierpliwości wobec jej aktorskiego życia i jej staraniom, by zaległości nadrabiać.
- O energii: baterie ładuje głównie w samotności, błyskawicznie wychwytuje cudze nastroje, dlatego chroni się przed tłumem i otacza sprawdzonym zespołem.
- Przyznaje się do porażek z nawykami: dziennik, medytacja i kolorowanki przepadły, plan „pięciu książek rocznie” skończył się na jednej. Wniosek: trwa tylko to, co naturalne.
- Anegdoty rodzinne: Ranbir Kapoor jako ojciec, historia imienia Raha („spokój, radość, błogość”) i plan czterodniowej samotnej podróży dla każdego z małżeństwa.
- Na koniec rady: najlepsza — od ojca, „wolę wyjść na głupią, niż udawać inteligentną”; najgorsza — „bo jesteś dziewczynką”; i jedyna zasada, którą ustanowiłaby prawem: życzliwość.
10 najważniejszych takeaways — z kontekstem zastosowania
1.Diagnoza może być ulgą, a nie wyrokiem
Na czym polega: Alia Bhatt zdecydowała się na profesjonalne, trwające trzy dni badanie, bo w sytuacjach towarzyskich jej ciało dosłownie się rozgrzewało, koncentracja pływała, a ona zapominała rzeczy, które sama zaplanowała. Wynik — ADHD i zaburzenia lękowe — przyjęła z ulgą: wreszcie wiedziała, że niczego sobie nie wymyśliła.
Jak stosować: Jeśli podobne objawy (fizyczny dyskomfort w tłumie, „wisząca” koncentracja, zawodna pamięć) powtarzają się od miesięcy, nie diagnozuj się losowymi testami z internetu — umów się na badanie u specjalisty. Samo nazwanie problemu porządkuje rzeczywistość i pozwala dobrać konkretne rozwiązania: przypomnienia, delegowanie zadań, ustalony rytm dnia.
Na co uważać: Diagnoza to początek pracy, nie jej koniec — Bhatt świadomie zrezygnowała z farmakologii i konsekwentnie pracuje nad sobą. Nie zamieniaj też etykiety w wymówkę: nazwanie problemu nie zwalnia z budowania codziennych porządków, które go oswajają.
2.Niepokój rodzicielski nie mija — zmienia formę
Na czym polega: Bhatt opisuje macierzyństwo jako „piękne połączenie skrajnej miłości ze skrajnym zmartwieniem”. Pierwsze miesiące były błogością i bezsennymi nocami zarazem, a lęk o dziecko nie zniknął — jedynie przybiera inny kształt wraz z jego wiekiem i z tym, jaką się ma głowę.
Jak stosować: Zamiast czekać, aż „przestanę się martwić”, zaakceptuj niepokój jako trwały element rodzicielskiej miłości i pracuj z nim: świadoma obecność przy dziecku, docenianie wsparcia, którego masz. Bhatt otwarcie przyznaje, że korzysta z pomocy — i nazywa to przywilejem, nie porażką.
Na co uważać: Granica między troską a nadopiekuńczością jest cienka. Jeśli lęk zaczyna paraliżować codzienne funkcjonowanie, to sygnał do rozmowy ze specjalistą, a nie do „przeczekiwania kolejnego etapu”.
3.Celuj w „wystarczająco dobrego” rodzica — i najpierw zdobądź własne narzędzia
Na czym polega: Zdaniem Bhatt idealne rodzicielstwo nie istnieje; realny cel to być „wystarczająco dobrym”: obecnym, wczutym w to, co czuje dziecko, komunikującym wartości — ale pozwalającym dziecku być sobą. Dwulatek dopiero zaczyna wytyczać granice i poznawać świat, a zadaniem rodzica jest pomagać mu przeżywać każdą emocję, bo „radość przeżywa się łatwo, z resztą jest trudniej”. Warunek: te narzędzia trzeba mieć najpierw u siebie.
Jak stosować: Gdy dziecko przeżywa trudną emocję, powstrzymaj się od komunikatu „nie ma co się złościć”. Nazwij, co widzisz („widzę, że jesteś zła”), pokaż, że uczucie jest w porządku, a dopiero potem rozmawiaj o zachowaniu. Równolegle rozwijaj własną regulację — dziecko uczy się bardziej z twoich reakcji niż z twoich pouczeń.
Na co uważać: „Wystarczająco dobry” nie znaczy „byle jaki”. To świadome przełączanie się między czujnością a swobodą, a nie rezygnacja z uwagi.
4.Prowadź dla dziecka cyfrową księgę pamięci
Na czym polega: Od narodzin córki Bhatt raz w miesiącu wysyła e-mail: zdjęcia, nagrania, krótkie notatki („tego dnia zrobiłaś tamto”, „byliśmy na cudownym wyjeździe”). Nazywa to „żywą księgą wspomnień” — na papierowy album nie starczyłoby jej dyscypliny, a tak wszystko zbiera się samo. Plan wręczyć córce archiwum, gdy ta będzie nastolatką.
Jak stosować: Załóż osobny adres e-mail albo folder w chmurze i raz w miesiącu wrzucaj kilka zdjęć oraz jedno-dwa zdania o tym, co się wydarzyło i co czułeś. Rytuał zajmuje kwadrans, a jego wartości nie da się odtworzyć wstecznie po latach.
Na co uważać: Nie zamieniaj tego w performance — liczy się regularność i szczerość, nie estetyka. Zadbaj też o prywatność takiego konta.
5.Przetrwa tylko nawyk, który wyrasta z naturalnej potrzeby
Na czym polega: Bhatt szczerze przyznaje: próbowała prowadzić dziennik, medytować, kolorować na lęk — niczego nie kontynuowała. Postanowienie „przeczytam w tym roku pięć książek” skończyło się na jednej, pierwszej. Jej jedyny trwały nawyk, trening, przestał być nawykiem i stał się po prostu życiem. Dlatego nie robi już postanowień: „robię to, co przychodzi naturalnie, bo jeśli coś jest naturalne, to zostaje”.
Jak stosować: Zamiast doklejać kolejne rytuały, obserwuj przez kilka tygodni, co samo wchodzi w twoją rutynę — i buduj na tym. Zanim dodasz wyzwanie w rodzaju 75 Hard, policz, co już masz na talerzu. Brakuje zasobów? Odpuść bez wyrzutów — porażka z własnego wyboru boli podwójnie.
Na co uważać: „Robię, co naturalne” nie może być przykrywką dla stagnacji. Bhatt stawia warunek: trzeba prowadzić ze sobą wewnętrzny dialog i znać swoje obszary do rozwoju — sama chce rosnąć duchowo, psychicznie, fizycznie i emocjonalnie.
6.Dawkuj ekspozycję na cudze emocje
Na czym polega: Bhatt błyskawicznie wychwytuje nastrój innych — czyjś zły dzień „dociera do niej natychmiast”. W tłumie zbiera tyle cudzych stanów, że — jak sama mówi — bywa na przyjęciach dziwna i mówi dziwne rzeczy. Dlatego ogranicza ekspozycję: unika pogaduch o niczym, rozmawia głównie z ludźmi, których energię zna, a regenerację po intensywnych wydarzeniach traktuje serio. Drugi filar: zespół, przy którym czuje się swobodnie — bez niego codzienne zaczepki dodatkowo ją wyczerpują.
Jak stosować: Jeśli jesteś wrażliwy na nastroje otoczenia, planuj po intensywnych wieczorach puste okna (powrót bez rozmów, wieczór bez ludzi), a na dużych spotkaniach miej „kotwicę” — jedną-dwie osoby, przy których się rozluźniasz. Współpracowników dobieraj także pod kątem komfortu, nie tylko kompetencji.
Na co uważać: Granica między higieną kontaktów a zamykaniem się w kokonie jest cienka. Bhatt sama zauważyła, że przestała prowadzić zwykłe rozmowy z ludźmi — i celowo ćwiczyła wychodzenie ze strefy, na przykład ów śniadaniem przed Met Galą.
7.Zapominasz? Buduj porządki, nie poczucie winy
Na czym polega: Po diagnozie i po narodzinach córki Bhatt zorganizowała sobie wsparcie: więcej deleguje, a zespół przypomina jej o terminach. Motywacja była konkretna — „nie chcę zapomnieć niczego, co dotyczy mojej córki”.
Jak stosować: Jeśli zawodzi pamięć bieżąca, przenieś ją na zewnątrz: jeden kalendarz, przypomnienia, lista rzeczy do oddania innym. Przy rozproszonym uwodze system zewnętrzny działa lepiej niż postanowienie „będę bardziej skupiona”.
Na co uważać: Rozwiązania mają służyć, nie dokładać presji. Jeśli kolejna aplikacja czy checklista robi się kolejnym obowiązkiem, upraszczaj, nie dokładaj.
8.Pytaj, zamiast udawać, że wiesz
Na czym polega: Najlepsza rada, jaką dostała Bhatt, pochodzi od ojca: „Wolę wyjść na głupią, niż udawać inteligentną”. Usłyszała ją jako dziecko, gdy bała się zadać pytanie na lekcji — a bez pytania nie ma nauki. Dziś świadomie rezygnuje z pozorów: nie „wygugluje” odpowiedzi na pokaz.
Jak stosować: Na spotkaniach zamieniaj niepewność w pytanie („nie do końca rozumiem, możesz rozwinąć?”). Chwila zawstydzenia kosztuje mniej niż trwała niewiedza — a zwykle połowa sali dziękuje ci w myślach.
Na co uważać: Pytać nie znaczy od razu rezygnować z samodzielności — najpierw spróbuj sam, potem pytaj konkretnie, pokazując, co już wiesz.
9.Rytuał szerszego planu
Na czym polega: W Bombaju Bhatt ma malutki balkonik „wielkości wyjścia ewakuacyjnego”, z którego widać życie w sąsiednich budynkach: ktoś niesie pranie, ktoś ogląda telewizję. Minuta patrzenia na cudzy dzień daje jej poczucie, że świat toczy się także obok jej własnych zmartwień — i „na szerokim planie wszystko jest w porządku”.
Jak stosować: Wybierz miejsce lub porę (okno, spacer, droga do pracy), w której patrzysz na świat jak obserwator. Dwa-trzy oddechy i jedno pytanie: „co dziś naprawdę jest nie tak?”. Najczęściej odpowiedź brzmi: niewiele — i wtedy przychodzi wdzięczność.
Na co uważać: Perspektywa nie zastępuje działania. Jeśli porównanie z losem innych rodzi wyłącznie ulgę, że „mnie powiodło się”, przekuj ją w konkretny drobny gest — Bhatt woli pomagać czynem niż o pomocy opowiadać.
10.Przyjaźnie na dorosłość żyją z cierpliwości i wzajemności
Na czym polega: Grupa dziewięciu przyjaciółek Bhatt — znajomych od dzieciństwa, dziś rozsianych między Bombajem, Nowym Jorkiem, Toronto, Londynem i Singapurem — przetrwała jej start w zawodzie w wieku siedemnastu lat i lata, w których „brało się ich trochę za pewnik”. Ona z kolei nadrabia: reaguje, tłumaczy się, pojawia, gdy może. Kłócą się o to samo co dekadę temu — i uważa to za dobry znak.
Jak stosować: Jeśli to ty jesteś w relacji osobą „zajętą” — mów wprost o ograniczeniach i rób konkretne gesty nadrabiania (zaplanowany czas, nie obietnice). Jeśli to przyjaciel znika w pracy — pytaj o jego świat; nieobecność łatwiej przyjąć, gdy rozumie się jej przyczyny.
Na co uważać: Cierpliwość przyjaciół nie jest bezdenna. Wzajemność trzeba wypłacać regularnie, a nie tylko od święta.
Redakcyjne tłumaczenie
Śniadanie przed Met Galą — pierwsza od lat szczera rozmowa
(Informacja dodatkowa: Alia Bhatt to jedna z najpopularniejszych aktorek indyjskiego kina; córka reżysera Mahesha Bhatta i aktorki Soni Razdan, żona aktora Ranbira Kapoora, z którym ma córkę Rahę.)
Jay Shetty: Nie mogę się doczekać, żeby poznać osobę kryjącą się za tymi wszystkimi rolami. Dziękuję, że jesteś.
Alia Bhatt: Dziękuję za zaproszenie.
Jay Shetty: Poznaliśmy się kilka godzin przed Met Galą. Biorąc pod uwagę, jak bardzo stresujący musiał to być dla ciebie dzień, wciąż nie mogę uwierzyć, że zdołałaś znaleźć czas. Opowiedz, jak to było.
Alia Bhatt: Od dłuższego czasu byłyśmy w kontakcie na Instagramie i zaproponowałaś bardzo miło: „jak będziesz w mieście, chętnie się zobaczymy”. Pomyślałam, że spróbuję to ułożyć, bo byłam w Nowym Jorku dosłownie na dwa dni. I wtedy coś do mnie dotarło: tak bardzo przywykłam do trybu życia, w którym na wydarzeniach czy planie zdjęciowym właściwie nie rozmawiam z ludźmi, których nie znam. Wystarcza mi mój zespół, rodzina, przyjaciele. Więc potraktowałam to jako: „o, będzie fajnie, nowe doświadczenie”. Akurat nie byłam wtedy na dyżurze mamusi — choć bardzo za nią tęskniłam, tęsknię cały czas — więc czas miałam. I pomyślałam sobie: miło będzie zjeść z kimś śniadanie i trochę go poznać. Bo pomijając to, że oboje jesteśmy z branży mediowej — rozmawianie z ludźmi i poznawanie się to po prostu ludzka rzecz, której, mówiąc szczerze, ostatnio robiam niewiele.
Na imprezy w zasadzie nie chodzę, a jak już się pojawię, to na kilka minut i wychodzę. Wolę usiąść z najbliższymi przyjaciółmi i pogadać — i nawet to zdarza się rzadko. Niedawno powiedziałam komuś, że zapomniałam już, jak to jest prowadzić rozmowę: pytać ludzi o ich sprawy, słyszeć pytania pod swoim adresem, coś sobą dzielić. Zawsze powtarzam, że nie umiem rozmów o niczym — bo wiem, że są małe i służą tylko tej jednej chwili, nie potrafię się w nie włożyć. Ale rozmowę na poważnie kiedyś umiałam prowadzić dobrze. Coś się jednak stało w ostatnich latach. Nie wiem, czy to pandemia, która zamknęła każdego we własnym kokonie, czy po prostu życie: zostałam mamą i cała moja energia poszła w tę stronę.
Jay Shetty: Wspominałaś, że to twoja pierwsza pogłębiona rozmowa od ponad dwóch lat. Dlaczego? I dlaczego teraz?
Alia Bhatt: Pamiętam rok 2022 jako czas przepełniony — pięknie chaotyczny. Zawodowo działo się mnóstwo, premiera za premierą, a prywatnie wyszłam za mąż i urodziło się dziecko. To był ostatni okres, w którym promowałam dwa filmy: „Gangubai”, a potem „Darlings”.
Jay Shetty: „Gangubai” — jeden z moich ulubionych.
Alia Bhatt: Dziękuję. Ale tamte rozmowy dotyczyły wyłącznie kina. Miałam wtedy poczucie, że przemówiłam się na zapas — że zawodowo nie mam już nic do dodania. Potem nie zdarzyła się okazja, żeby usiąść i pogadać o życiu, a nie o filmach. W 2023 roku świadomie nie udzielałam wywiadów, bo naprawdę nie miałam nic nowego do powiedzenia: wychodzi film, obejrzyjcie — to wszystko. Gdy poczuję, że mam coś więcej niż kino, może wrócę. A rozmowa o życiu po prostu wcześniej do mnie nie dotarła. Aż dotarła tutaj.
Dziecko zakochane w telewizorze
Jay Shetty: Kim mała Alia chciała zostać, gdy dorośnie?
Alia Bhatt: Byłam zafascynowana telewizją. To jedno z najwyraźniejszych wspomnień z dzieciństwa. Mama i ja wracamy do tego do dziś, bo ona pyta pół żartem, pół serio: „Boże, czy ja byłam okropną matką?”. Obecnie pilnuję bowiem czasu córki przed ekranem — Raha nawet nie dotyka tabletu, ale jak ogląda w telewizji jakąś piosenkę, już mówię: „ograniczamy, ograniczamy”. A mama się martwi, że mnie po prostu sadzały przed telewizorem, bo wtedy było to normą. Odpowiadam: nie, nie byłaś okropna. To był wtedy nowy wynalazek. I jestem wdzięczna, że nie odsuwała mnie od telewizora, bo bardzo wiele mojego marzenia, wyobrażania sobie i gubienia w innych światach zaczęło się właśnie tam. Uwielbiałam marzyć — to moje najdroższe wspomnienie z dorastania: w klasie, przed telewizorem, po drodze do szkoły. Zatapiałam się we własnych myślach i wyobrażałam sobie, że kiedyś sama stanę przed kamerą.
Do tego przyjaciele — to bardzo duża część tego, kim jestem. Do dziś śmiejemy się z tych samych rzeczy co piętnaście lat temu. Z człowieka bowiem nie zmienisz jego natury, tak jak nie zmienisz rysunku słojów w drewnie. A moja natura jest prosta: lubię się dobrze bawić. Wychowałam się na filmach z tańczącymi Govindą i Karismą Kapoor. W głowie utkwił mi obraz, jakby wypalony w błonie: tańczą w różnych miejscach — raz w ogrodzie, raz na ulicy, raz w szwajcarskich Alpach — i nieustannie zmieniają stroje. Małej bardzo chodziło po głowie: dlaczego nikt ich nie zatrzymuje? Czemu mogą zatrzymać ruch na ulicy i tańczyć? Nie skleiłam tego jeszcze w całość, że to film, że jest ekipa i plan zdjęciowy — miałam trzy, może cztery lata. Ale to „co się tam dzieje, za ekranem?” mnie zahaczyło i to właśnie przyciągnęło mnie do zawodu. Jestem też pewna, że podprogowo — tata jest filmowcem, mama aktorką — słyszałam w domu mnóstwo takich rozmów i to jakoś we mnie weszło, stało się naturalnym punktem zainteresowań. Ale ta moja relacja z telewizorem, jedna na jedną, to było coś osobnego, tylko mojego.
„Dlaczego zawsze idziesz sama?”
Jay Shetty: Byłaś pewnym siebie dzieckiem i nastolatką, czy ta pewność dopiero się budowała?
Alia Bhatt: Chyba byłam pewna siebie, nie miałam z tym problemu. Bardzo dobrze czułam się samą sobą. W szkole zwykle szuka się paczki — miałam zdrową paczkę, ale przyjaciele wiecznie się ze mnie śmiali: „czemu znowu idziesz sama?”. I tak: zwykle szłam sama, z grymasem na twarzy, bo taki mam wyraz spoczynkowy. Ludzie myślą, że jestem zdołowana, a ja po prostu żyję — taka jest moja neutralna twarz. Siedzę w telefonie, a ktoś pyta: „coś się stało?”. „Nie, wszystko gra, tylko tak wyglądam.” Byłam więc zupełnie zadowolona ze swojej samotności i swoich spraw — jak zresztą do dziś. I to wiele mówi o mojej marzycielskiej naturze: daje mi miejsce, żeby odpłynąć we własne myśli.
Dziewięć przyjaciółek, które przeczekały karierę
Jay Shetty: A ci przyjaciele z tamtych lat — to wciąż ta sama ekipa? Wyrośliście razem.
Alia Bhatt: Dokładnie ta sama. Mieszkamy w różnych częściach świata: cztery z nas w Bombaju, po jednej w Nowym Jorku, Toronto, Londynie i Singapurze — nas jest dziewięć dziewczyn. I muszę im oddać sporą zasługę, bo to, że mogę je nazywać najlepszymi przyjaciółkami, zawdzięczam ich cierpliwości. Zaczęłam pracować w wieku siedemnastu lat, a gdy dopiero budujesz karierę, kariera staje się osią, wokół której kręci się całe życie. Choć zawsze starałam się z nimi bywać, zaczęłam je traktować trochę za pewnik. Zdarzyło się to naturalnie. I jest w tym coś pięknego: o dokładnie te same rzeczy kłócimy się dziś co dziesięć lat temu. Czyli nic się nie zmieniło — a jednocześnie wciąż jest o co walczyć. One były przy mnie, pojawiały się, choć ja często nie mogłam się pojawić — praca tu, praca tam — i usprawiedliwiały mnie, gdy nie dawałam rady przyjechać na wspólne wyjazdy czy kolacje. Ja z kolei staram się to nadrabiać i jakoś wynagradzać. One są moją rodziną. I to się samo narzuca: przyjaźń, która trwa tak długo, z czasem po prostu staje się rodziną.
Ludzie z branży powtarzali mi, że aktorzy nie mają przyjaciół. Bo prowadzi się życie w odosobnieniu, w ciągłym biegu, i trudnie utrzymać dawne relacje. Poza tym trudno zrozumieć życie aktora — jest takie przypadkowe i chaotyczne. Więc chapeau dla nich: one się nawet starały zrozumieć moją pracę. A teraz i tak wszystko się zmieniło, bo mam córkę. W rodzinie jest nowa dziewczyna i przyjaciółki w ogóle nie chcą rozmawiać ze mną, tylko z nią. Dzwoniłam niedawno na wideo do przyjaciółki z Nowego Jorku, chciałam porozmawiać o czymś poważnym, a córka trzymała mi stopę na twarzy. Przyjaciółka na to: „przepraszam, nie mogę się skupić, bo patrzę tylko na stopę, którą masz na nosie”.
Macierzyństwo: „Na to nie da się przygotować”
Jay Shetty: Jak wygląda dla ciebie macierzyństwo? Co zaskoczyło, a co przyszło tak, jak się spodziewałaś?
Alia Bhatt: Szczerze? Na to, co poczujesz, nie da się przygotować. Mama powtarzała mi to przez cały rok przed porodem. Pytałam: „pamiętasz, jak to było?”. A ona: „nie pamiętam”. — „Jak to nie pamiętasz?” — „Zobaczysz sama. Zapomnisz. Zapomina się to, co było wcześniej.” I faktycznie: sporo zatarło mi się z życia sprzed macierzyństwa — z mojego odczuwania, trybu, sposobu, w jaki działała mi głowa. Teraz dni są takie pełne, że zastanawiam się, co właściwie robiłam z czasem wcześniej. Nawet gdy nie pracowałam — czym wypełniałam dzień? Bo dziś to pełna doba: pobudka o siódmej, ona zasypia koło ósmej trzydziestej, ja niedługo po niej, najpóźniej około dziesiątej триdzestej. To nie bieżnia — to po prostu bieg.
Zaskoczeń jest mnóstwo i to codziennie, bo Raha właśnie skończyła dwa lata i aż kipi od energii. Uczucie bycia matką nieustannie się przeobraża. Jedno mogę powiedzieć na pewno — i jest to rzecz dobra, choć bywa też taka, z którą bliscy muszą się liczyć: od jej narodzin jestem nieustannie, aż nadto opiekuńcza. Pierwsze miesiące były dla mnie błogością. Ogromnie cieszyło mnie to zwierzęce, instynktowne poczucie: „ta istota w tej chwili potrzebuje mnie, żeby przeżyć”. Ta pierwotna troska o przetrwanie — mimo bezsennych nocy. Muszę tu uczciwie przyznać, że jestem w tej materii bardzo uprzywilejowana: mam pomoc i wspaniałe wsparcie. Tamten okres bezpośredniej więzi głęboko przeżyłam — i jednocześnie wypełniał mnie niepokój. Trzeba o tym mówić otwarcie: to zupełnie normalne uczucie, zwłaszcza u świeżych matek. Z czasem zrozumiałam jedno: ten niepokój nie znika, on tylko zmienia formę. W zależności od tego, jak bardzo lękliwą masz głowę i jak radzisz sobie z różnymi sytuacjami, będzie przebiegał inaczej. Ale to piękne połączenie: skrajna miłość ze skrajnym zmartwieniem.
I doprecyzuję: nie czuję, żebym była spięta ani że spięłam ją. Przy niej raczej sama staję się dzieckiem. Jestem bardzo uważna na jedno: żeby naprawdę przeżywać jej dzieciństwo. Rodzice dorosłych dzieci — osiemnastolatek, dwudziestolatków — powtarzają mi w kółko: „naciesz się tym czasem”. W Nowym Jorku spotkałam kobietę w windzie, która zawoziła syna na studia. Trzymałam Rahę na rękach, bawiłam się z nią, a tamta powiedziała: „ciesz się każdą chwilą. Odprowadzam syna na studia i ten czas po prostu leci”. I widziałam ból w jej oczach. Tę radę biorę bardzo poważnie. Dlatego staram się być z Rahą naprawdę obecna — czego, mówiąc uczciwie, w innych momentach życia nie robię. Ludzie wciąż mi powtarzają, że jestem myślami o dziesięć kroków przed teraźniejszością, że dawno „opuszczam budynek”. Ale przy niej staram się być tu i teraz — i wychodzi to naturalnie, bo chcę wypić każdą sekundę do dna. Serce mam szeroko otwarte i zawsze martwię się o coś w związku z nią. Zdaje się, że z tym będę po prostu żyć do końca życia.
Ranbir jako ojciec i miłość, która zmienia kształt
Jay Shetty: A jak ciębie porusza widok Ranbira jako taty dziewczynki?
Alia Bhatt: Jest niesamowity. Ma potężną wyobraźnię w zabawianiu jej — a ona bawi jego. Mają bardzo specjalną przyjaźń; ich relacja wygląda raz jak więź dwóch dorosłych, raz jak dwóch maluchów, zależnie od dnia. Kiedy na nią patrzy, ma gwiazdki w oczach. Znam go sprzed i znam go teraz — widzę różnicę w tym, jak jest z ludźmi jako ojciec. Nie żeby wcześniej był jakiś nerwowy, zawsze miał spokojną aurę — ale jest w nim teraz taka pełnia, której doświadczam na własne oczy, codziennie. Ich rozmowy są tak słodkie, że bardzo często po kryjomu je nagrywam. Nie wiedzą o tym; w końcu któreś z nich spojrzy w kamerę i wtedy kończę. Ale ten początek jest po prostu wyjątkowy — przynajmniej z miejsca, w którym siedzę. Patrzeć, jak twój partner okazuje miłość w ten sposób, to coś fascynującego.
Jay Shetty: Rozwiń. Co masz na myśli?
Alia Bhatt: Mamy miłość do siebie — ja kocham Ranbira, on mnie. Ja kocham Rahę, ona mnie, on kocha ją. Pod jednym dachem rozgrywa się więc kilka różnych odmian miłości, każda w innym rytmie. I nie zawsze tak było — Raha przyszła do naszego życia dopiero teraz. Jest „przed” i „po”: oglądaliśmy kiedyś zachody słońca we dwoje, a dziś oglądamy je w trójkę — i to jest inne uczucie. Bardzo piękne. Bardzo spełniające. On zresztą zawsze bardzo chciał zostać tatą.
Robię jeszcze jedną rzecz, od samego jej narodzin: raz w miesiącu wysyłam e-mail. Zbieraninę zdjęć, filmików, tego, co się wydarzyło, myśli i odczuć. Ktoś kiedyś wpadł na ten pomysł i pomyślałam, że to świetny — żywa księga wspomnień. Nie starczyłoby mi dyscypliny ani energii na wypełnianie papierowego albumu, a tak mam wersję cyfrową, prostszą. I wyobrażam sobie, że gdy będzie miała, dajmy na to, piętnaście lat, przekażę jej to wszystko ze słowami: „oto wspomnienia, które przez lata zbieraliśmy dla ciebie — baw się dobrze”.
Jay Shetty: Co dziś jest w środku?
Alia Bhatt: Zdjęcia, filmy, myśli. Głównie obrazy niej z nami — z każdego z nas osobno — z dziadkami, ciociami, wujkami, i zwykłe chwile. Krótka notka: „tego dnia zrobiłaś tamto”, „byliśmy na cudownym wyjeździe”, „przydarzyło nam się to”. Cokolwiek przyjdzie w danej chwili. A kiedy potem przeglądam te podstępnie nagrane scenki z nimi dwojgiem, robi mi się ciepło na sercu — bo wiesz, że właśnie gotuje się coś wyjątkowego.
Wszyscy jesteśmy wielkimi niemowlętami
Alia Bhatt: Pamiętasz naszą rozmowę w Nowym Jorku? Mama wysłała mi wtedy zdjęcie — jakieś losowe, znalezione w sieci — dziecka idącego ulicą z mnóstwem toreb na sobie. I rozmawiałyśmy o tym z tobą: doszłyśmy do wniosku, że przez całe życie jesteśmy dla naszych rodziców wielkimi niemowlętami. Niezależnie od tego, ile mamy lat. Tak oni nas widzą. Ja to widzę teraz: ilekroć jadę w podróż, mama mówi: „uważaj, przechodząc przez jezdnię. Chroń ręce i nogi”. — „Mamo, co to znaczy «chroń ręce i nogi»?” Ale rozumiem ją. To jedna rzecz: niepokój o niebezpieczeństwo fizyczne, tu i teraz. A druga: niepokój, czy dobrze wykonujesz swoją rodzicielską robotę, czy wyposażasz dziecko we właściwe narzędzia.
Raha jest mała, ma dwa lata, więc nie ma jeszcze po co tego wszystkiego roztrząsać. Ale każda chwila jest nauką. Jeśli w danym momencie chcę przekazać jej jakąś życiową mądrość — na przykład gdy przeżywa emocję i trzeba jej pomóc — to z tego, co rozumiem, właśnie teraz dzieci zaczynają wytyczać granice i poznawać świat. I zamiast zamykać ich w ciasnych ramach „tak wolno się czuć, a tak nie”, pomaga się im przechodzić przez każdą emocję. Bo radość jest łatwa — z resztą jest trudniej. I to zaczyna się teraz, bardzo wcześnie. Żeby dać jej narzędzia do radzenia sobie z uczuciami, muszę te narzędzia mieć najpierw sama — to po pierwsze. Po drugie — i tu już mi umyka w przyszłość — wiem, że nie mogę być idealnym rodzicem. Z tego, co rozumiem, mogę być co najwyżej „wystarczająco dobra”, a to znaczy: umieć być naprawdę obecna, być jednym z tym, co ona czuje, wyznaczać pewne wartości i zachowania, a jednocześnie pozwalać jej być. Bez liku takich kombinacji, którymi nieustannie obracam w głowie. Do tego dochodzi niepokój o przyszłość i o życie. I ten fizyczny wymiar: czy je dobrze, czy śpi, co będzie jutro, co pojutrze. Jestem też mamą pracującą — znowu muszę przyznać się do przywileju, mam wokół niej świetne wsparcie. Ale niepokoju nie da się przegonić: „czy jak mnie nie będzie, ktoś jej coś powie? Czy podchwyci coś, czego nie chciałabym, żeby podchwyciła?”. Człowiek bierze dzień taki, jaki przychodzi, i idzie dalej. Mówię o tym dlatego, że to uczucie jest bardzo prawdziwe i nie mam go ogarniętego od pierwszego dnia — łamię sobie nad nim głowę codziennie. A poza tym? Radość.
Jay Shetty: Doceniam tę szczerość. Ten wątek niepokoju, i to, co mówisz o osądzaniu siebie… Nie ma chyba roli, w której człowiek ocenia się tak surowo jak w rodzicielstwie, bo na własne oczy widzisz, jak ta niewinna, piękna istota chłonie twoją energię, twoje słowa, twoje zachowanie, otoczenie. To czyni nas uważnymi — przy partnerze czy rodzicach możemy sobie pozwolić na więcej luzu, czasem powiemy coś nieprzyjemnego i jakoś to przejdzie, ale przy dziecku czujesz, jak jest bezcenne i jak ważny jest każdy z tych kontaktów. I ciekawa jest ta sprawa samooceny, bo spotkałem ludzi, którzy mówili: „rodzice byli zawsze obecni — i było bardzo trudno”. I innych: „rodziców nigdy nie było — i było bardzo trudno”. Słyszałem: „zmusili mnie do tych studiów i nie mogę im tego darować” — i: „zmusili mnie do tych studiów i jestem im za to wdzięczny”. Patrzysz na to i pytasz: jak tu wygrać?
Alia Bhatt: Nie da się wygrać. Bo ludzie są trudni. I tego zwykle nie zauważamy: nasi rodzice to dokładnie to, o czym rozmawialiśmy — wielkie niemowlęta. Wszyscy czegoś dopiero próbują. Ja jestem matką i wcale nie mam tego poukładanego.
Balkon w Bombaju, czyli praktyka szerszego planu
Alia Bhatt: Zawsze uważałam się za osobę z przyzwoitą dawką empatii, ale od zostania mamą ten poziom po prostu się zwielokrotnia — bo w każdej sytuacji widzisz wyobrażone własne dziecko. Gdy patrzę na trud i cierpienie, jakie są na świecie, naprawdę zaczynam liczyć swoje błogosławieństwa i być wdzięczną za wszystko, co mamy. Bo ludziom na świecie jest ciężko. Zawsze staram się wierzyć w dobro, powtarzam: „na końcu tunela jest światło”, „deszcz musi padać, by świeciło słońce” — to wszystko piękne zdania na Instagram. Ale w prawdziwym życiu, gdy widzisz, przez co niektórzy muszą przechodzić, trzeba na moment stanąć i powiedzieć: „wow, a jednak u mnie wszystko jest w porządku”. Oddalić kamerę i przełączyć na szeroki plan.
Bardzo często robię tak: gdy mam zły dzień, wychodzę na malutki balkonik za sypialnią. To właściwie nie balkon, raczej coś jak wyjście ewakuacyjne. Staję tam i widzę mnóstwo, bo w Bombaju budynki, zwłaszcza u nas, stoją bardzo blisko siebie. Może to zabrzmi trochę wścibsko, ale kiedy tam stoję, mam szeroki wgląd w życie w różnych domach. Ktoś niesie pranie, ktoś ogląda telewizję. Nie zaglądam nikomu do sypialni — chodzi o poczucie, że życie istnieje także równolegle z twoim. To daje perspektywę, bo żyjemy przekonani, że świat kręci się wokół nas: to mój moment, moje przeżywanie. A kiedy się zatrzymasz i popatrzysz szerzej, cały niepokój znika. Człowiek bierze oddech i czuje ogromną wdzięczność za to, gdzie jest w życiu.
Jay Shetty: Widzę, jak to w tobie siedzi. Masz łzy w oczach.
Alia Bhatt: No właśnie o tym mówię — tyle tego we mnie: niepokoju o ludzi na świecie, a nade wszystko o bliskich i o moją córkę. Tak otworzył mi się świat po zostaniu mamą: jestem znacznie bardziej świadoma życia, które toczy się obok mojego.
Jay Shetty: Myślałaś, jak konkretnie zaangażować się w pomoc społecznościom czy ludziom, których zauważasz?
Alia Bhatt: Wolę robić, niż mówić. Bo mówienie o pomocy bywa po prostu pokazywaniem, jaki to ze mnie wspaniały człowiek. Na pewno mogłabym na co dzień być milsza i pomocniejsza — robię, co mogę, i pomagam, jak umiem: ludziom, zwierzętom, czemukolwiek. Ale pewnie nawet nie drasnęłam powierzchni. Jest mnóstwo, mnóstwo więcej, co mogłabym robić każdego dnia.
Dziecko, które w niej zostało
Jay Shetty: Które części ciebie samej są wciąż niemowlęciem — emocjonalnie?
Alia Bhatt: Jeśli mówimy o kinie: kiedy oglądam film, przeżywam go jak dziecko. Nie mam żadnego dystansu do własnych emocji i reakcji. Często — czy to przy Ranbirze, czy przy siostrze — komentuję w głos: „co teraz będzie?”, „czemu ona to robi?”. Przecież my tego filmu nie robiliśmy, skąd mam wiedzieć — a ja muszę wiedzieć, gadam przez cały seans. Ranbir jest z nas dwojga ten porządniejszy widz: ma większą wiedzę filmową i więcej dyscypliny — wiele moich seansów dzielę z nim i dzięki niemu. I słyszę od niego: „zobaczymy. Nie wiem”. To samo siostra: „czemu tak jest?”, „nie wiem, ja tego nie nakręciłam”. Jestem więc w to bardzo fizycznie wciągnięta — nie dorosły oglądający film, dziecko.
I jeszcze coś, co działo się ze mną jako z dzieckiem: gdy byłam wyczerpana, zmęczona, po prostu płakałam. Nie wiedziałam, czemu płaczę, wiedziałam tylko, że „jest okropnie”. Mama pytała: „kochanie, jesteś zmęczona? Wszystko jest dziś trochę trudne?”. To mam do dziś. Nagle zaczynam szlochać nad czymś zupełnie losowym. Kilka tygodni temu byłam z przyjaciółkami i zaczęłam płakać, że coś jest nie tak. — „Wszystko w porządku?” — „Jestem po prostu zmęczona. Nie spałam dobrze w nocy.”
I ciekawość — ta mnie nie opuściła. Widzę to przy Rаhie: ciągle chce wiedzieć „dlaczego”, „czemu tak”, „kto to”. Ja też chcę znać rozmowę toczącą się po drugiej stronie pokoju między dwojgiem znajomych — patrzę, próbuję odczytać z ust, a jeśli nie wszystko rozumiem, dopytuję: „co było, co było, kto co powiedział?”.
Jay Shetty: Czy córka oglądała już twoje filmy?
Alia Bhatt: Nie, jest za mała na pełny film. Oglądała sporo moich piosenek i Ranbira, teraz odsłaniamy jej też piosenki innych. I ma już takie przekonanie, że każda piosenka jest „nasza”. Ostatnio coś leciało w telewizji, ja zaczęłam tańczyć, a ona: „mamusiu, twoja piosenka”. — „Nie, kochanie, to piosenka Shaha Rukha Khana.” Była w szoku.
Gangubai jako alter ego i brakująca głupawka
Jay Shetty: Zagrałaś na ekranie tyle mocnych kobiet — zawsze podziwiałem twój wybór ról, powiedziałem ci to przy pierwszym spotkaniu. Na który film nie możesz się doczekać, żeby mogła obejrzeć?
Alia Bhatt: Kiedy będzie dużo starsza, chciałabym, żeby we własnym tempie obejrzała te, które ukształtowały mnie jako aktorkę i z których najwięcej się nauczyłam — na przykład „Highway”, „Gangubai”, „Raazi”. I tak niedawno coś do mnie dotarło: nie mam zbyt wielu filmów przyjaznych dzieciom. Parę jest, ale niewiele. I właśnie to skłoniło mnie do chęci zrobienia filmu, który dzieci pokochają. Jestem już na tropie. Bo patrzę na swoją filmografię i myślę: w pewnym wieku obejrzy parę tytułów, ale jako czterolatka czy sześciolatka raczej nie obejrzy „Gangubai” czy „Highway”. A ja też chcę czerpać frajdę z filmów, które lubię.
Jay Shetty: A która rola jest po prostu tobą?
Alia Bhatt: Nie ja to mówię — mówią to ludzie, którzy mnie kochają i znają, i zabrzmi to dziwnie: Gangubai. To mój alter ego. Ta osobowość, zadziorność, sposób bycia. Nie jej sytuacja ani okoliczności, jasne — ale to, jaka ona jest. W graniu tej roli było miłe napięcie przyciągania i oporu, była bardzo gangsterska. W prawdziwym życiu taka nie jestem — ale to zdecydowanie postać, którą najbardziej lubiłam wcielać w życie. Przyjaciele wciąż mówią: „ale z ciebie Gangubai”. I myślę, że jest w tym ziarno prawdy — w tym sensie, że ona jest dzieckiem, ale ma w sobie przyprawę. Ogień.
Jay Shetty: A z której postaci chciałabyś dziś pożyczyć energii?
Alia Bhatt: W tym momencie potrzebuję energii figlarnej, lekkiej — nazwij to płytką, frywolną, po prostu głupkowatą. Trochę tego było w moich wcześniejszych rolach, trochę mogłabym wziąć od Rocky’ego z „Rocky Aur Rani” — ale najbardziej myśl o Kavyi z „Humpty Sharma”. Niedawno oglądałam piosenkę z tego filmu i pomyślałam: nie pamiętam już, kim była wtedy ta dziewczyna. Nie w sensie „jestem stara” — ale była w niej taka lekkość, głuptaska, z którą mogłabym zrobić dziś więcej. Bo byłam całkiem zwariowana, a zrobiłam się z czasem bardziej kontrolująca. Mogłoby u mnie być więcej głupawki.
Jay Shetty: Kiedy poznałem moją żonę, ja podchodziłem do życia bardzo poważnie, a ona jest cały czas lekka i figlarna. To niesamowicie pomaga — inaczej człowiek sztywnieje w swoich koleinach.
Alia Bhatt: Właśnie — wspominając tę postać, bo oglądałam tę piosenkę… A tak naprawdę: mam córkę przed sobą i to z niej biorę tę głupawkę. Tyle że powinnam robić to częściej dla siebie — dla własnego nastroju, nie tylko przy niej. Być bardziej otwarta na głupi dowcip. I głośno go opowiedzieć. Bo już tego nie robię. Robię się trochę za bardzo dorosła.
Energia: baterie ładuję w samotności
Jay Shetty: Ładujesz się w samotności czy wśród ludzi?
Alia Bhatt: Niektórzy ludzie potrafią mnie naprawdę naładować. Ale w większości ładuję się w samotności. Powyżej pewnej liczby osób energia zaczyna ze mnie uciekać. Tak to zwykle wygląda — po promocji filmu, gdzie bez przerwy spotykasz ludzi i rozmawiasz, na końcu jestem po prostu wycona. Bo jestem z tych osób, które bardzo szybko wpuszczają w siebie cudze nastroje — nic mnie od nich nie odgradza. Jak ktoś wchodzi do pokoju mając zły dzień, natychmiast do mnie dociera; jak dzieje się coś chaotycznego, nie umiem tego odciąć. Jestem bardzo chłonna na energie ludzi — one po prostu do mnie przychodzą. Dlatego wolę nie angażować się wszędzie i trzymać się z dala od większości rozmów: gadam z ludźmi, przy których czuję się najswobodniej, bo znam ich energię — nic nowego się tam nie wydarzy.
Jay Shetty: A co się dzieje, gdy ta energia jednak wchodzi?
Alia Bhatt: Czasem zachowuję się bardzo dziwnie. Zauważyłam to u siebie dopiero z czasem: „czemu w tamtej chwili byłam taka dziwna?”. Przyjaciółka, która mnie dobrze zna, powiedziała mi: „dziwnie się z tobą gada na przyjęciach, bo potrafisz mówić bardzo dziwne rzeczy”. Jestem wtedy taka skołowana w tych wielu energiach naraz — nie wiem, co z nimi zrobić. Co ratuje, to otoczenie, zwłaszcza mój zespół. Znają mnie tak dobrze, że nawet gdy mam taki dzień, jakoś to przepuszczają. Dlatego tak ważne jest dla mnie, bym przy danych ludziach czuła się swobodnie — bo jeśli nie, dokłada się to do codziennego wyczerpywania moich sił. A tak w ogóle — nie tylko ja tak mam: każdy miewa swoje dni i każdy jest na wszystko jakoś wyczulony, nie tylko ja o sobie myślę. Po prostu doszłam do wniosku, że trzeba znaleźć sposób, by przejść przez dzień we własnym rytmie i nie wymagać za dużo od ludzi — i żeby inni nie wymagali za dużo od nas.
Diagnoza, która przyniosła ulgę
Jay Shetty: Kiedy zaczęła się twoja praca na rzecz dbania o siebie i o zdrowie psychiczne? Co skierowało cię w tę stronę?
Alia Bhatt: Ogromną rolę odegrała moja siostra. Robię to na małą skalę — mówię o tym swoim językiem, kiedy mogę. Shaheen napisała książkę „I’ve Never Been (Un)happier”; żyje z depresją od trzynastego roku życia i zbudowała sobie wspaniałe narzędzia, by być tam, gdzie jest dziś — i pięknie o tym opowiada. (Informacja dodatkowa: „I’ve Never Been (Un)happier” to wydana w 2018 roku książka wspomnieniowa Shaheen Bhatt, siostry Alii, o życiu z depresją.) To właśnie jej szczerość najsilniej mnie zainspirowała, by mówić. Nie po to, żeby narzekać na życie — bo znowu: nie mam pozycji, by narzekać, mam wszystko. Ale tak, żeby ktoś, gdzieś, poczuł: „ja znam ten dzień. Ja mam te same uczucia. Nie jestem sama”. Mnie to się często zdarzało: słyszę znaną twarz — z Hollywoodu albo stąd — jak mówi o czymś takim, i łapię się na myśli: „oni też to czują”. To nas wszystkich dotyka.
Dlatego stałam się bardziej otwarta na mówienie o własnym lęku. I niedawno zostałam klinicznie zdiagnozowana, więc mam to na papierze — nie mówię już tylko „mam dziś niespokojny dzień”. Mam ADHD i zaburzenia lękowe. Poszłam do diagnozy celowo, bo zaczynało być mi naprawdę ciężko: ciało rozgrzewało mi się na spotkaniach towarzyskich — reagowałam fizycznie — a ponadto bardzo trudno było mi się na czymkolwiek skupić, uwaga wchodziła mi i wychodziła. Do tego przez lata dawałam sobie dużo kredytu jako „cudowna wielozadaniowczyni”. I w końcu zrozumiałam: tak, potrafię robić kilka rzeczy naraz, ale to ze mnie kosztuje. I musiałam zrozumieć, dlaczego kosztuje — bo zapominam najdziwniejsze rzeczy, także te, które mam zaplanowane. Czemu zapominam? Więc zrobiłam test. Profesjonalny, w żadnym wypadku nie jakiś losowy quiz osobowości z internetu. Trzy dni badań. I wyszło: ADHD i lęk. A ja od razu byłam zadowolona — po tacie mam w sobie to, że informacja mnie koi. To brak informacji wytrąca mnie najbardziej. Zawsze szukam informacji; zmian nie znoszę. Więc od chwili, gdy to o sobie wiem, radzenie sobie jest po prostu prostsze. Nie biorę żadnych leków — mogłabym, ale wybrałam, żeby nie — i po prostu aktywnie nad tym pracuję. I myślę, że radzę sobie całkiem nieźle.
Jay Shetty: Dzięki, że się tym dzielisz. To bardzo potrzebne — bo każdy myśli, że innym jakoś leci. Zdumiewa mnie, ile osób na galach i wielkich wydarzeniach mówi mi w cztery oczy: „jestem taki spięty”. Wszyscy się martwią, jak wyglądają, jak potoczy się wieczór, na kogo trafią. Wszyscy czują to samo — wszyscy próbują jedynie wyglądać normalnie. I to, że ludzie tacy jak ty mówią wprost: czuję to, tego doświadczam, a diagnoza potrafi zdjąć ciężar…
Alia Bhatt: Zdejmuje presję. Bo w głowie masz hałas, własną gadaninę mózgu, i nie wiesz: to po prostu mój mózg? a może coś, co dzieje się dzisiaj? I w chwili, gdy dostajesz odpowiedź, czujesz: to nie jest coś, co sobie wymyśliłam. To jest to. I jest w tym pocieszenie. Pocieszające jest też to, że miałaś przeczucie — czułaś, że coś trzyma cię od funkcjonowania w określony sposób — a teraz jest na to odpowiedź. Dostajesz spokój, a potem ustawiasz w życiu konkretne rozwiązania, które pomagają przez to przejść. U każdego po swojemu. Ja wybrałam sposoby, by się uziemiać, opieram się na wsparciu zespołu, więcej deleguję, kazano mi przypominać o sprawach. Zapominałam najdziwniejsze rzeczy — a potrzeba większego porządku przyszła dopiero po zostaniu mamą. Bo pomyślałam: nie chcę zapomnieć niczego, co dotyczy mojej córki. Znowu ta rodzicielska presja, którą samemu się wymierza. Ale to było już jakiś czas temu. I znów: mówię o tym nie po to, żeby było słychać, jak to mi ciężko i żeby było mi przykro. Nic z tych rzeczy. Jak siadamy z siostrą i ten temat się pojawia, to nie musimy sobie nic tłumaczyć od nowa — wszystko jest pojęte z pół słowa. To taka rozmowa niedopowiedziana. A może właśnie dlatego o tym mówię: bo może na jakimś wydarzeniu, w jakiejś sytuacji czy rozmowie odpowiem w określony sposób — a to będzie z powodów X, Y, Z.
Jay Shetty: I przypomniała mi się rzecz, którą powiedziałaś o wielozadaniowości. Było badanie pokazujące, że tylko dwa procent ludzi na świecie potrafi naprawdę pracować równolegle na kilku zadaniach. Problem w tym, że dziewięćdziesiąt osiem procent, słysząc to, jest przekonanych, że należy do tych dwóch procent.
Alia Bhatt: Ja zawsze powtarzałam: „no kobiety przecież żyją w wielozadaniowości”. Może. Ale o sobie nauczyłam się czegoś odwrotnego: gdy koncentruję się na jednym, drugie po prostu przestaję słyszeć. Mózg mi wyłącza tę drugą część.
Nawyki, które nie przetrwały — i rozmowa z samą sobą
Jay Shetty: Jakie codzienne praktyki zmieniły ci życie przy takim harmonogramie — macierzyństwo, role, wszystko naraz? Jakie rytuały są u ciebie poza negocjacjami?
Alia Bhatt: Muszę być tu bardzo szczera: miałam wiele nawyków, które próbowałam wdrożyć — i żadnego nie doprowadziłam do końca. Jestem jedną z tych osób, którym się to nie udało. Nie mówię o treningu — trening to już część życia, to nawet nie nawyk. Patrzenie przez okno przy muzyce, prawdziwe odprężenie — nie o tym mówię, bo to jest życie. Ale przez jakiś czas zapisywałam rzeczy, żeby ich nie zapominać. Już nie robię. Przez jakiś czas medytowałam, bo mnie centrowała. Już nie robię. Przez jakiś czas kolorowałam i malowałam, gdy dopadał mnie lęk. Już nie robię. Po prostu już nic z tego nie robię.
Jay Shetty: Uwielbiam tę szczerość. Bo szczególnie teraz, gdy startuje nowy rok, jest presja: postanowienia, trzeba wziąć życie w garść, robić to i tamto.
Alia Bhatt: Właśnie! Było takie wyzwanie, 75 Hard — o nim usłyszałam i mówię: „świetnie, robię 75 Hard”. (Informacja dodatkowa: 75 Hard to popularny w internecie 75-dniowy program samodyscypliny — dwa treningi dziennie, ściśle dieta, woda, lektura i codzienna fotografia postępów.) A siostra na to: „Alia, nie. Masz wystarczająco dużo na głowie. Jesteś mamą, pracujesz i dajesz radę. Inni mogą — ty tego teraz nie potrzebujesz”. I pomyślałam: racja, po co mam to brać na siebie? Bo poczułabym się zobowiązana przejść do końca, nie dałabym rady, poczułabym się porażką — a to mi zresztą nie przeszkadza, umiem być porażką. Tylko po co dokładam sobie kolejną rzecz na talerz? Więc doszłam do prostego wniosku: obcinać balast, robić to, co przychodzi naturalnie. Nie mam więc żadnej nowości, którą mogłabym przedstawić jako niepodlegającą negocjacjom, bo niczego nie utrzymałam. Taka jest prawda.
Jay Shetty: To zdejmie ludziom ogromny ciężar. U mnie poranna rutyna też kiedyś była bardziej rozbudowana: dziennik, wdzięczność, to i tamto. I większość z tego z czasem robi się naturalna, przestaje być wymuszanym nawykiem — jak trening, u mnie sześć dni w tygodniu.
Alia Bhatt: U mnie dokładnie tak. Dam ci przykład: na początku 2024 roku skończyłam książkę i byłam zachwycona, bo dawno żadnej nie skończyłam. Mówię: „w tym roku skończę co najmniej pięć książek”. I to była ostatnia książka, jaką skończyłam w tamtym roku. Zawsze zaczynam i nie kończę — poczytałam trochę o rodzicielstwie i różnych innych rzeczach, ale żadnej nie skończyłam. Więc w połowie roku mówiłam: „już wymiękam, już jestem za celami w tyle”. I postanowiłam, że w tym roku nie robię żadnych postanowień — po prostu będę żyć, przejdę przez dzień i zrobię, co przyjdzie naturalnie. Bo jeśli coś przychodzi naturalnie, to zostanie i tak stanie się częścią życia.
I ważna rzecz: niewprowadzanie do końca zadań, które samemu sobie wyznaczyliśmy dla własnego rozwoju, jest w porządku — pod warunkiem że prowadzi się ze sobą rozmowę w głowie i naprawdę zna swoje obszary do rozwoju. Taki rozwój wystarcza. Bardzo chcę rosnąć — duchowo, mentalnie, fizycznie, emocjonalnie. Ale można to robić przez słuchanie, przez rozmowę i przez rozmawianie z samą sobą. Ta rozmowa z samą sobą — to jest mój rytuał poza negocjacjami. Tyle że to nie praktyka codzienna. To praktyka co godzinę. Jest ciągła. I prowadzi ją każdy.
Ostatnia runda: rady, imię Raha, życzliwość
Jay Shetty: Jaka jest najlepsza rada, jaką kiedykolwiek usłyszałaś?
Alia Bhatt: Od taty: „Wolę być głupia, niż udawać inteligentną”.
Jay Shetty: Kiedy ci to powiedział i jak to na ciebie działa?
Alia Bhatt: Powiedział mi to, kiedy — o ile pamiętam — bałam się zadać pytanie na lekcji. „Wolę być głupia, niż udawać inteligentną, bo jeśli nie zadasz pytania, nigdy się nie nauczysz.” Szczególnie dziś, gdy jest tak mało cierpliwości dla pomyłek: wolę się mylić niż udawać, że znam odpowiedź. Bo jeśli będę udawać, że znam, to nigdy nie poznam prawdziwej. Nie chodzi o to, że nie mogłabym sprawdzić odpowiedzi w telefonie i grać mądrą — mogłabym, ale nie chcę. Jestem w porządku z nieznaniem, bo pytając, się uczę.
Jay Shetty: A najgorsza rada?
Alia Bhatt: Była bardzo prosta, a zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Coś w stylu: „czemu nie mogę tego zrobić?” — „Bo jesteś dziewczynką”. Ktoś mi to powiedział. Byłam bardzo mała, chodziło o coś błahego, może o wyjście gdzieś. Dla mnie się to nie składało w żaden sens.
Jay Shetty: Czy spotkałaś się z czymś takim później, w karierze — z tego rodzaju oceną?
Alia Bhatt: Tak, ale nie jakoś drastycznie. Nie przypominam sobie niczego konkretnego z ostatnich lat. Na pewno wielu ludzi się z tym mierzy i to się wciąż zdarza — ale ja nie mam świeżego, wyraźnego wspomnienia.
Jay Shetty: Pytanie trzecie: skąd imię Raha?
Alia Bhatt: Byliśmy, jak to przyszli rodzice, pełni pytań. Prosiliśmy całą rodzinę o propozycje imion — i chłopięcych, i dziewczęcych, żeby być gotowym na każdą ewentualność. Zbierało się więc kilka imion dla chłopca i kilka dla dziewczynki. Jedno chłopięce bardzo się nam podobało — „śliczne imię, na razie go nie zdradzę” — i wtedy teściowa, mama Ranbira, podsunęła: „a Raha? Świetnie zgra się z tym chłopięcym, gdybyście kiedyś mieli i syna, i córkę”. Zaproponowała też parę dziewczęcą. A mnie Raha od razu się podobała. Więc mieliśmy gotowe dwa imiona.
Jay Shetty: Czy ono coś znaczy?
Alia Bhatt: Raha znaczy spokój. Radość, błogość. Wszystko to, czym ona jest dla nas.
Jay Shetty: Piękne imię, jedyne w swoim rodzaju. Pytanie czwarte: gdybyś miała nazwać obecny rozdział życia jednym słowem albo jednym zdaniem — jaki by to był?
Alia Bhatt: Wzrost.
Jay Shetty: W jakim sensie?
Alia Bhatt: Jest taki rodzaj celu, który skierowany jest na zewnątrz: coś osiągnąć, coś dokonać, ciągłe „muszę, muszę”. Ten rozdział jest bardzo zwrócony do wewnątrz. I nie czuję, że ktoś mi to nakazał — po prostu przyłapuję się na tym, że jestem znacznie bardziej zainteresowana własnym wzrostem w każdej roli: jako rodzic, jako partnerka, przyjaciółka, człowiek, profesjonalistka. Chcę rosnąć. Nie zmieniać niczego gruntownie — właśnie rosnąć.
Jay Shetty: A co chciałabyś, żeby ludzie o tobie wiedzieli, a nie wiedzą?
Alia Bhatt: Że jestem losowa i dziwna — to chyba wszyscy wiedzą. Ale serial „Przyjaciele” naprawdę na mnie zadziałał. Jest odcinek, w którym Phoebe dostaje oświadczyny od Mike’a, swojego ostatecznego partnera. I on mówi: „Phoebe Buffay, kocham cię. Jesteś tym, jesteś tamtym… i jesteś cudownie dziwna”. To mi jako jedyna rzecz utkwiło na całe lata — bo chcę, żeby ludzie przyjmowali wszystkie swoje cudownie dziwne strony, tak jak ja przyjmuję swoje. Nikt nie jest doskonały, nikt nie ma wszystkiego poukładanego, nikt nie robi wszystkiego dobrze. Ja kocham być cudownie dziwna. Jestem z tego dumna.
Jay Shetty: Kocham to. Mam jeszcze dwa pytania, dokładam, bo jestem bardzo ciekaw. Jakie jest twoje obecne marzenie? Na początku mówiłaś, że byłaś marzycielką.
Alia Bhatt: Jestem bardzo zapaloną aktorką i producentką, więc marzenia zawodowe są i, sądząc po wszystkim, nie mają końca. I nigdy nie jest mi dość wygodnie — a to mi się podoba w mojej głowie. Zeszły rok miałam premierę filmu, który nie wypadł dobrze — i to dało mi nowego dzika do nowego marzenia: spróbować jeszcze raz, odrobić to. Czuję się tym naładowana. To marzenie zawodowe. A poza tym: chłonąć jak najwięcej chwil z rodziną, z córką. I — jeśli się w tym roku uda — wyjechać samotnie. Cztery dni, samej.
Jay Shetty: Skąd ten pomysł?
Alia Bhatt: Wyszedł od nas. Rozmawialiśmy o tym z Ranbirem i oboje byliśmy podekscytowani: wyznaczymy czas, ty bierzesz cztery dni dla siebie, ja biorę cztery dni dla siebie — i zobaczymy, co z tego wyjdzie. Oboje jesteśmy domatorami i, że tak powiem, samotnikami: dobrze nam we własnym towarzystwie. Oboje kwitniemy razem, ale też każdy osobno. Nie mamy jeszcze pojęcia dokąd. Rozmawialiśmy o tym dosłownie dwa tygodnie temu.
Jay Shetty: Jakie miejsca cię wołają — niekoniecznie dosłowne lokalizacje?
Alia Bhatt: Jestem stworzeniem wodnym — w zodiaku Rybą. Więc musiałoby być nad morzem, bo kocham wodę i słońce. Zabiorę stos książek, będę czytać i — proszę bardzo — kończyć je. To jest marzenie.
Jay Shetty: Bardzo przytulne marzenie. A jakie masz ukryte pasje, dziwactwa, rzeczy, które cię fascynują?
Alia Bhatt: Uwielbiam planować. W pracy i w życiu prywatnym. Głęboko mnie to fascynuje i daje satysfakcję. Mam ukrytą ochotę zostać organizatorką wesel.
Jay Shetty: Planowałaś własne wesele?
Alia Bhatt: Oczywiście — i myślę, że zrobiłam to naprawdę dobrze.
Jay Shetty: Co ci wyszło najlepiej?
Alia Bhatt: Najważniejsza rzecz na weselu to jedzenie.
Jay Shetty: Zgadzam się. Moja żona też by się zgodziła.
Alia Bhatt: No więc jedzenie miałam wyborne. No dobrze — nie ja, tylko szef kuchni, ekipa cateringowa, którą wynajęliśmy. Ludzie chcą dobrze zjeść i chcą świetnej atmosfery, a to wszystko zaczyna się od jedzenia. A poza tym kolory, zestawienia, różne motywy przewodnie — widzisz, jak się nakręcam, o tym mówiąc. Siostrze już ogłosiłam: jak będzie brać ślub, planuję go ja i żadnej organizatorki nie zatrudni. Z tą czterodniową podróżą mogę natomiast zrobić sobie przerwę od planowania. Bo planowanie wyrasta u mnie z potrzeby zarządzania każdym szczegółem, gdy zbiera się dużo ludzi. Na sylwestrowy wyjazd pojechało nas dwadzieścia osób — zaplanowałam wszystko od deski do deski. A potem ludzie chwalili: „cudownie to wszystko ogarnęłaś” — „dziękuję, dziękuję, to najpiękniejszy komplement, jaki mogę dostać”.
Jay Shetty: Piąte, ostatnie pytanie. Gdybyś mogła ustanowić jedno prawo, którego musiałaby przestrzegać każda osoba na świecie — jakie by to było?
Alia Bhatt: Życzliwość. Po prostu: być życzliwym.
Jay Shetty: Dziękuję ci bardzo. Jestem wdzięczny za twój czas.
Alia Bhatt: Dziękuję. Długo czekałam na tę rozmowę — cieszę się, że się odbyła. Do zobaczenia w Los Angeles, u was w domu.
Jay Shetty: Przy jedzeniu, tak. U nas zajmuje się tym żona, więc nigdy niczego nie brakuje. Większość momentów w życiu pamiętam właśnie przez jedzenie.
Alia Bhatt: No właśnie. Powinniśmy jeść i przy tym robić takie rzeczy.