Jeśli zmagasz się z lękiem, obejrzyj tę rozmowę

2026-10-19 • Jay Shetty Podcast • AI zagraniczne •wywiad •waga 3/5 •50 min czytania

Tim Ferriss tłumaczy, że lęk i zmęczenie często mają podłoże biologiczne, nie filozoficzne: paliwo dla mózgu, kofeina, social media. Praktyczny plan — od badań krwi po stymulację mózgu i sztukę mówienia „nie”.

Robocza publikacja redakcyjna na podstawie publicznego transkryptu YouTube. Źródło: YouTube.

Oryginalny tytuł filmu

If You Struggle with Anxiety, Please Watch This | Tim Ferriss

O czym jest ten film

  1. Tim Ferriss opowiada o tym, co zajmuje go obecnie: alternatywnych źródłach energii dla mózgu oraz medycynie bioelektrycznej — leczeniu impulsem elektrycznym zamiast tabletką.
  2. Tłumaczy, dlaczego choroby neurodegeneracyjne (Alzheimer jako „cukrzyca typu 3”) zaczynają się dziesięciolecia przed objawami i co można zrobić już dziś.
  3. Omawia trzy paliwa mózgu — glukozę, ketony i mleczan — oraz opowiada, jak u krewnych z Alzheimerem dawka ketonów w pół godziny przywracała zdolność narysowania tarczy zegara.
  4. Prezentuje norweski protokół interwałowy 4×4 i badanie, w którym pół roku treningu trzy razy w tygodniu przyniosło efekty w mózgu widoczne jeszcze po pięciu latach.
  5. Szczerze mówi o własnym zdiagnozowanym OCD i ciężkim lęku uogólnionym — oraz o jednodniowym protokole stymulacji magnetycznej (TMS), po którym od kilku miesięcy czuje się niemal bezobjawowo.
  6. Wątek nerwu błędnego, przewlekłego stanu zapalnego i praktyk oddechowych — łącznie z anegdotą o Dalajlamie i medytacji nad dwoma „kanałami” biegnącymi przez szyję.
  7. Praktyka wdrażania nawyków: nastawianie oczekiwań, zasada „rób mniej, niż możesz”, oraz stawki i zakłady, które nie pozwalają odpaść przed końcem drugiego tygodnia.
  8. Równowaga między kulturą osiągnięć a kulturą akceptacji: „krowa stojąca w deszczu”, chart goniący mechanicznego królika i zasada „unikaj szóstki na wolnych obrotach”.
  9. Higiena uwagi: gra w ofensywie zamiast obrony, telefon bez social mediów, kofeina jako „płynny lęk”, pytania „polujesz na antylopy czy na myszy polne?” i „co, gdybym mógł tylko odejmować?”.
  10. Na koniec pytania od widzów — o koszty samodoskonalenia i poczucie bycia w tyle — oraz „ostatnia piątka”, od „nie wierz we wszystko, co myślisz” po „uśmiechnij się i przywitaj pierwszy”.

10 najważniejszych takeaways — z kontekstem zastosowania

1.Najpierw paliwo, potem dziennik

Na czym polega: Ferriss przekonuje, że wiele problemów, które traktujemy jako egzystencjalne czy charakterologiczne, to w rzeczywistości kwestia „paliwa”: witaminy D, pierwiastków śladowych, wrażliwości insulinowej, snu. Jay Shetty podaje własny przykład — lata zmęczenia przy dobrym życiu i wynik „witamina D: 10” — a Ferriss historię znajomych, którym garść orzechów brazylijskich (selen) dziennie przywróciła energię.

Jak stosować: Zanim zaczniesz intensywniej „pracować nad sobą”, zrób panel badań: witamina D, mikroskładniki (miedź, selen), a przy kwestiach metabolicznych nie tylko glukoza na czczo, ale też insulina i doustny test obciążenia glukozą. Niedobory odhaczaj pojedynczo i obserwuj, co się zmienia.

Na co uważać: To nie jest porada medyczna — Ferriss sam zaczyna od słów „nie jestem lekarzem”. Nie suplementuj w ciemno i nie diagnozuj się sam; niektóre pierwiastki w nadmiarze są toksyczne.

2.Mózg ma trzy paliwa: glukozę, ketony i mleczan

Na czym polega: Mózg domyślnie spala glukozę, ale potrafi korzystać też z ketonów (produkowanych np. w trakcie postu) i mleczanu (powstającego przy bardzo intensywnym wysiłku). U krewnych Ferrissa z Alzheimerem egzogenne ketony w kilkanaście minut poprawiały mowę i „przywracały” rysowanie zegara.

Jak stosować: Można trenować dostęp do zapasowych paliw: post przerywany rozwija „maszynerię ketonową” (Ferriss opisuje własny schemat 16 godzin postu i dwóch posiłków w oknie ośmiogodzinnym), a ciężkie interwały lub serie siłowe podnoszą stężenie mleczanu.

Na co uważać: To doświadczenie jednej osoby z obciążoną genetycznie rodziną, nie uniwersalna recepta. Post nie jest dla każdego i wymaga konsultacji, zwłaszcza przy lekach, ciąży czy historii zaburzeń odżywiania.

3.Norweski 4×4: trening, który „rośnie” w hipokampie

Na czym polega: Protokół: cztery minuty bardzo ciężkiej pracy (85–90 procent tętna maksymalnego — „jakbyś uciekał przed wilkami”), potem trzy–cztery minuty odpoczynku, cztery rundy. W cytowanym badaniu pół roku takiego treningu trzy razy w tygodniu przyniosło efekty w mózgu — w tym prawdopodobny wzrost objętości hipokampu — utrzymujące się nawet pięć lat. Podejrzewanym motorem jest mleczan; spokojny aerobik tego nie daje.

Jak stosować: Formuła nie wymaga roweru — może być wioślarz albo trening siłowy dużych grup mięśniowych. Ferriss włącza utwór muzyczny trwający cztery–pięć minut i nie przerywa serii do jego końca.

Na co uważać: Bardzo wysoka intensywność — przy problemach kardiologicznych potrzebna zgoda lekarza. Sześć miesięcy z badania to projekt naukowy, nie udowodniona minimalna dawka; prawdopodobnie efekt kumuluje się stopniowo, ale nikt nie wie, gdzie jest próg.

4.Medycyna bioelektryczna: impuls zamiast pigułki

Na czym polega: Leki rzadko trafiają tylko w cel — stymulacja mózgu może działać precyzyjniej. Protokół SAINT (przyspieszona przezczaszkowa stymulacja magnetyczna) ściska miesiące terapii w pięć dni po dziesięć stymulacji dziennie; w recenzowanych badaniach około 70 procent osób z lekooporną depresją osiągało remisję. Ferriss przeszedł eksperymentalną wersję jednodniową (z D-cykloseryną) i opisuje spadek lęku z poziomu 8–9/10 do 0–1 na kilka miesięcy.

Jak stosować: Jeśli zmagasz się z lekooporną depresją albo ciężkim lękiem, po prostu zapytaj psychiatrę o TMS — klasyczna wersja bywa refundowana. Przyspieszone protokoły są dostępne w nielicznych klinikach i drogie, ale to najszybciej rozwijający się kierunek.

Na co uważać: To nadal w dużej mierze front eksperymentalny: brak refundacji, duża rozpiętość jakości klinik („kupujący musi być czujny”), realne przeciwwskazania. Podczas stymulacji mózg jest skrajnie zmęczony — nie planuj w tym czasie pracy.

5.Dwa tygodnie decydują o nawyku — nastaw oczekiwania i rób mniej

Na czym polega: Korzyści z medytacji czy pracy z oddechem według Ferrissa „przełączają się” około drugiego–półtora… dokładniej: między drugim a 2,5 tygodniem. Dlatego najważniejszy składnik wdrożenia to uczciwe nastawienie oczekiwań: opowiedz sobie „wykres” z dołkami i pozornymi plateau, zadeklaruj okres testu i traktuj go binarnie — zaliczone albo nie.

Jak stosować: Przed startem ustal: „dwa i pół tygodnia, codziennie, mniej niż myślę, że mogę”. Jeśli 20 minut to twoja czerwona strefa, rób 10. Jeśli motywacja siada, dołóż stawkę: zakład z przyjacielem, gdzie porażka naprawdę boli.

Na co uważać: Przewymiarowany start zabija wytrzymałość i entuzjazm — „nie wyciskaj kamienia do sucha”. Odpadnięcie przed końcem testu oznacza, że cały wysiłek poszedł na marne, dlatego lepiej mieć zbyt mały zakres niż zbyt duży.

6.Oddech jako darmowa stymulacja nerwu błędnego

Na czym polega: Rytmiczny oddech w medytacji prawdopodobnie pobudza nerw błędny — ten sam obwód, na który oddziałują implanty i badany jest w kontekście odruchu przeciwzapalnego. Stąd — według Ferrissa — tak powtarzalny wzorzec: pierwszy tydzień „nic się nie dzieje”, potem coś się uspokaja. Stymulator używa się pięć minut rano i wieczorem (efekt trwa około 12 godzin), efekt też pojawia się po dwóch tygodniach.

Jak stosować: Jeśli klasyczna medytacja cię odpycha, wystarczy aplikacja do oddechu lub oddech pudełkowy: dziesięć minut dwa razy dziennie przez dwa tygodnie — i dopiero wtedy oceniaj.

Na co uważać: Subtelność efektu na początku zniechęca — dlatego konieczne jest wcześniejsze nastawienie oczekiwań (punkt 5). Przy ciężkich objawach lękowych oddech wspomaga, ale nie zastępuje leczenia.

7.Unikaj „szóstki na wolnych obrotach”

Na czym polega: Maksyma Josha Waitzkina: albo pełny odpoczynek, albo pełny sprint — unikaj wszystkiego pomiędzy. „Szóstka na wolnych obrotach” to tryb domyślny: półotwarta przeglądarka, przerywanie sobie SMS-ami, gaszenie cudzych „pilnych” spraw. Ferriss dodaje: ludzie są psami roboczymi — border collie zamknięty w mieszkaniu pogryzie kanapę, więc zamiast się z tego rozliczać, potrzebujesz misji albo projektu.

Jak stosować: Oscyluj między skrajnościami: intensywny, ograniczony w czasie zryw z jasnym celem (u Ferrissa: kilka tygodni samego pisania — jeść, spać, ćwiczyć, pisać) i po nim świadomie zaplanowany odpoczynek, np. kilka dni z najbliższymi przyjaciółmi.

Na co uważać: Sprint bez umówionego odpoczynku kończy się wypaleniem, a wolny czas bez celu bywa równie destrukcyjny — to z niego biorą się wraki emerytur i „powroty na X” ludzi, którym dzieje się zbyt dobrze.

8.Graj w ofensywę: najpierw swoje, potem cudze

Na czym polega: Pytanie Chrisa Sacca: „żyjesz w ofensywie czy w obronie?”. Obrona to reagowanie na cudzą agendę — e-maile, wiadomości, „awarie” wyprodukowane przez innych. Ofensywa to samodzielne przydzielanie czasu i energii temu, co wybrałeś, zanim zaczniesz reagować. Ferriss dodaje regułę „najpierw tworzę, potem zarządzam” i wzór Jima Collinsa, który codziennie liczy godziny twórcze.

Jak stosować: Ustal twarde zasady i komunikuj je wcześnie: „w weekendy nie robię interesów, napisz w poniedziałek”. Rezerwuj godziny po przebudzeniu na pracę twórczą, zanim otworzysz skrzynkę.

Na co uważać: Zasady działają tylko ogłoszone zawczasu — stąd zdanie: „W życiu możesz mieć prawie wszystko, jeśli wcześnie zarządzasz oczekiwaniami”. Część ludzi się obrazi; to informacja, nie strata.

9.Telefon bez social mediów i mniej kofeiny

Na czym polega: Ferriss — sam głęboko w technologii, jako inwestor — powołuje się na twórców tych narzędzi: traktuj aplikacje społecznościowe jak papierosy, szkodliwe nawet w umiarkowanych dawkach. Jego znajomy po usunięciu X z telefonu mówił o efekcie „dwudziestu lat terapii”, po powrocie — o „wciągnięciu z powrotem w szambo”. Kofeina to z kolei „płynny lęk”: nie dodaje paliwa, tylko zmusza do szybszego spalania, a u osób z ciągłym glukometrem widać po niej skoki glukozy i spadki energii.

Jak stosować: Test dwóch tygodni: usuń aplikacje z telefonu; jeśli potrzebujesz ich do pracy, wchodź przez laptopa, nagrywaj i wrzucaj hurtowo albo planuj z góry. Przy kawie sprawdź prostą korelację: ile filiżanek dziennie i jak się czujesz.

Na co uważać: Jeśli nie potrafisz zrezygnować, choć twoje utrzymanie od tego nie zależy, to sygnał uzależnienia — tak samo definiuje się je przy alkoholu. Przy ograniczaniu kofeiny licz się z bólem głowy na kilka dni.

10.W relacjach nie wygrywa się sporów o fakty

Na czym polega: Zdaniem terapeuty Terry’ego Reala w związkach obiektywna rzeczywistość nie istnieje — każdy ma swoją, i obie są prawdziwe. Spór z rejestratorami decybeli w ręku to droga donikąd. Narzędzia: ciekawość przed reakcją, prośby zamiast zakazów (jak w akro jodze: „więcej palców”, a nie „nie dociskaj pięty”), rozmowa tylko wtedy, gdy obie strony są „na zasobach”, oraz zapowiadanie trudnych tygodni z wyprzedzeniem.

Jak stosować: Wcielaj format nieprzemocowej komunikacji: nazwij obserwację, uczucie, potrzebę i sformułuj konkretną prośbę. Gdy jesteś rozregulowany, mów wprost: „Chętnie o tym porozmawiam — przy kolacji; teraz jestem na zerze i jestem zły o rzeczy, które nie dotyczą ciebie”.

Na co uważać: Odraczanie rozmowy musi być narzędziem uzgodnionym przez obie strony, nie unikiem. I nie da się dyskutować o faktach, gdy ktoś (w tym ty sam) jest w rozregulowaniu — najpierw wycisz, potem rozmawiaj.

Redakcyjne tłumaczenie

(Informacja dodatkowa: Tim Ferriss — amerykański autor bestsellerów „Praca 4 godziny tygodniowo” i „Ciało 4 godziny tygodniowo”, inwestor anioł i popularyzator eksperymentów na sobie. Jay Shetty prowadzi jeden z najpopularniejszych podcastów rozwojowych na świecie.)

Co mnie teraz zajmuje: paliwo dla mózgu i medycyna bioelektryczna

Jay Shetty: Robiłeś już tyle, tyle osiągnąłeś, jesteś aktywny na tak wielu polach. Ciekawi mnie, co dziś najczęściej wraca do twojej głowy. Co cię teraz fascynuje tak, że kradnie ci uwagę?

Tim Ferriss: Powiem tak: jadąc tutaj, dostawałem wiadomości od paru osób, z którymi ostatnio dużo rozmawiam. Jedna z nich to dr Tommy Wood — neurobiolog, a przy okazji znakomity sportowiec; ciekawa kombinacja. Rozgryzamy razem — i pewnie do tego wrócimy — różne źródła energii dla mózgu i wydłużanie jego „płyty startowej”: czasu, zanim skończy się paliwo. W mojej rodzinie jest dużo chorób neurodegeneracyjnych — Alzheimer, Parkinson i inne. Skoro większość z nich potrzebuje dziesięcioleci, żeby w pełni się rozwinąć, pytanie brzmi: co można zrobić już teraz, żeby działać wcześnie? To zagadnienie mnie teraz pochłania i sądzę, że znalazłem kilka bardzo przekonujących opcji. Nie są dla mnie nowe, ale gdy przejrzy się literaturę naukową i porozmawia z ludźmi na pierwszej linii, da się znaleźć ciekawe tropy.

Drugi temat: medycyna bioelektryczna. Czyli mikrochipy i elektryczność zamiast pigułek. Większość leków nie trafia tak precyzyjnie, jak byśmy chcieli: masz problem albo chcesz go zapobiec, bierzesz tabletkę, a obok efektu docelowego dostajesz całą serię ubocznych. Rozwija się za to dziedzina, w której impulsy elektryczne można stosować na tysiąc sposobów.

Przykład — może szalony. Istnieje od dziesięcioleci technologia zwana TMS, przezczaszkowa stymulacja magnetyczna: w uproszczeniu pole magnetyczne oddziałujące na aktywność mózgu. Przykłada się ci „paddę” do głowy albo zakłada czapkę z dodatkowymi elementami, i można pobudzać lub wyciszać różne obszary mózgu. Naukowiec ze Stanfordu Nolan Williams wraz z innymi opracował protokół SAINT — wersję przyspieszoną. Zamiast stymulacji raz, dwa, trzy razy w tygodniu przez pięć miesięcy wszystko mieści się w jednym tygodniu: pięć dni, dziesięć stymulacji dziennie, co godzinę. I w wielu przypadkach — są dobre, opublikowane, recenzowane badania — uzyskiwano siedemdziesiąt procent remisji w depresji lekoopornej. Widać też efekty przy OCD i lęku uogólnionym.

Ja sam jakieś cztery miesiące temu przeszedłem eksperymentalny protokół jednodniowy. Kontekst: mam zdiagnozowane, dość ciężkie OCD — uważam, że może być supermocą, ale i potężną przeszkodą. Do tego, wystarczy spojrzeć na moją rodzinę — wysoki poziom lęku uogólnionego. Kto wie, ile w tym natury, a ile wychowania. Taki lęk bywa pomocnym małpiszonem, gdy trzeba dużo zdziałać, ale zniszczenia uboczne są ogromne. Chciałem sprawdzić, czy potrafię wykręcić oba regulatory w dół — i czy stracę przez to „ostrze”, czy wręcz je zyskam, bo przestanę trzymać się dłonią samego brzeszczotu.

Ten jednodniowy protokół wygląda tak: ładujesz się wstępnie — jest za tym nauka — czymś o nazwie D-cykloseryna, antybiotykiem kiedyś stosowanym między innymi w gruźlicy; tabletkę do ssania trzymasz w ustach, a godzinę później zaczynają się stymulacje. Całość zajmuje jeden dzień: kilkuminutowe serie co godzinę. U mnie natężenie lęku spadło z poziomu osiem–dziewięć na dziesięć do zera, może jedynki.

Jay Shetty: Na jak długo?

Tim Ferriss: Od czterech do pięciu miesięcy.

Jay Shetty: Po jednym dniu?

Tim Ferriss: Po jednym dniu. To niesamowite. Czy pomaga, czy szkodzi — dawka ma znaczenie, można przesadzić. To połączenie farmakologii wspierającej neuroplastyczność ze stymulacją mózgu. Śledzę teraz medycynę bioelektryczną bardzo uważnie. I jeśli mogę sobie odrobinę doklepać: spójrzcie na „Ciało 4 godziny tygodniowo” i na to, co pokazały kolejne dziesięć–piętnaście lat — sporo z tego zostało mocno potwierdzone przez naukę.

Jest jeszcze strona bardziej filozoficzna, ale intensywnie praktyczna — bo filozofia źle wybrana nie może być martwa i wiotka. Ostatecznie wartości nie przetestujesz w randomizowanym badaniu kontrolowanym. Musisz znaleźć własną drogę, a ludzie próbują od tysiącleci. W ostatnich latach pomogła mi książka „Already Free” Bruce’a Tifta o dwóch komplementarnych podejściach. Z jednej strony rozwijające, osiągnięciowe podejście zachodniej psychoterapii czy szeroko pojętego self-help: jak się poprawić, jak zmienić okoliczności. Z drugiej — nazwijmy to z małą nieścisłością podejściem buddyjskim, choć nie jest ono wyłącznie buddyjskie — akceptacja: uznać to, co jest, pozwolić temu być. Utrzymanie obu stron w równowadze to sztuka. Ja przez większość życia, przez dekady, byłem po stronie osiągnięć. Ma to mnóstwo zalet. Ale warto też uprawiać praktyki kultywujące tę drugą stronę — bo żadnemu z nas nie podlega tyle, ile byśmy chcieli myśleć.

Jay Shetty: Zwłaszcza gdy doliczyć innych ludzi. Przepraszam — to iluzja.

Tim Ferriss: Zgadza się. Iluzja.

Paliwo dla mózgu: glukoza, ketony, mleczan

Jay Shetty: Wejdźmy w to paliwo. Co dziś wiemy i stosujemy — a czym nowe podejścia różnią się od starego świata, skoro mają mniej skutków ubocznych?

Tim Ferriss: Najpierw zastrzeżenie: nie jestem lekarzem i nie gram jednego w internecie. Rozmawiajcie ze swoimi lekarzami. Natomiast powiedzieć mogę tyle: warto myśleć o mózgu jak o mięśniach. Rozdział duszy i ciała to kompletny fałsz — wszystko jest ze sobą ściśle splecione. I druga rzecz: lubię poznawać przeciętność przez skrajności. W sporcie i w biznesie najwięcej mówią najlepsi i najgorsi wyniki.

Weźmy Alzheimera. Niektórzy naukowcy i lekarze nazywają go cukrzycą typu 3. Dlaczego? Bo mózg — upraszczam, wpływają tu różne czynniki — może dojść do stanu, w którym fatalnie wykorzystuje glukozę. Insulinooporność: jesteś w praktyce cukrzykiem we własnej głowie. U krewnych z Alzheimerem robiłem eksperyment: dawka egzogennych ketonów odpowiedniego rodzaju, mały „zastrzyk”. Brałem razem z nimi, żeby nie przejmowali się samą procedurą. Po dwudziestu minutach ich zdania są dłuższe, tempo mowy szybsze. Jest taki test — test zegara: prosi się osobę, by narysowała tarczę zegara, i przy pewnym nasileniu choroby człowiek po prostu nie umie. A tu, jak w sztuczce iluzjonisty, po trzydziestu minutach rysuje zegar.

Co się dzieje? Ketony to alternatywne źródło energii. Jeśli pościsz, jeśli eksperymentujesz z postem przerywanym — do tego wrócimy, bo to druga rzecz mająca teraz moją uwagę — i wyćwiczysz zdolność korzystania z ketonów, nagle masz bardzo przekonujące zapasowe paliwo.

Trzecie paliwo jest dla mnie nowe, choć gdy patrzę na własne życie przez sport — aha, to łączy pewne kropki. Mleczan. Jeśli jeździłeś na rowerze albo zrobiłeś serię w siłowni i czułeś to palenie w mięśniach — duża część tego to właśnie on. Okazuje się, że mózg świetnie umie go wykorzystać. Nie tylko jako materiał energetyczny: to także sygnał, posłaniec, który uruchamia w mózgu całą masę zmian.

Tommy Wood wprowadził mnie w tzw. norweski 4×4 — każdy może sobie poszukać. To w praktyce trening VO2max, czyli tlenowej wydolności maksymalnej; nie będę teraz tego tłumaczył, nie jest to kluczowe. Istota: cztery minuty bardzo ciężkiej pracy, powiedzmy na stacjonarnym rowerze, na 85–90 procent tętna maksymalnego. W ostatniej minucie myślisz, że nie dociągniesz — jakbyś uciekał przed wilkami. Potem trzy–cztery minuty odpoczynku i jeszcze raz. Cztery takie cykle. W badaniu robiono to trzy razy w tygodniu, chyba przez sześć miesięcy. Efekty dla mózgu — w tym prawdopodobne zmiany objętościowe: struktury takie jak hipokamp, jedna z głównych okalic dotkniętych Alzheimerem, dosłownie rosną — utrzymywały się pięć lat od sześciu miesięcy treningu. Co tu się dzieje?

Jay Shetty: No właśnie, co?

Tim Ferriss: VO2max to tylko wskaźnik włożonej pracy. Dlaczego taka praca się liczy? Bo spokojny aerobik — długie spacery — tego nie robi. Są wiarygodni badacze, którzy uważają, że głównym motorem jest właśnie mleczan. Dlatego dziś rano, przed nagraniem, chciałem mieć trochę dodatkowej energii i zrobiłem trening siłowy: duże grupy mięśniowe, nogi — wypychanie, prostowanie. Włączyłem utwór trwający cztery–pięć minut i umówiłem się sam ze sobą: nie zatrzymuję się przez te cztery–pięć minut i będzie naprawdę boleć. Tyle. Bo sam rower nie ma w sobie żadnej magii — może być ergometr wioślarski. Chodzi o stężenie mleczanu we krwi.

To trzy ciekawe paliwa. I sedno: czasem nie masz problemu do rozwiązania. Czasem nie masz zagadki, którą da się przemyśleć — masz problem z zasileniem. Zanim spróbujesz wypisać się z kłopotów w dzienniku, może po prostu głodujesz? To może znaczyć, że potrzebujesz jedzenia, poprawy wrażliwości na insulinę, może postu przerywanego — który totalnie mnie zszokował tym, jak w cztery tygodnie poprawił moją wrażliwość insulinową i biomarkery — albo zbudowania „maszynerii ketonowej”, co da się zrobić na wiele sposobów. I te drogi się nie wykluczają.

Kiedy problem nie jest do „przemyślenia”

Jay Shetty: Kilka lat temu czułem się zmęczony i bez siły, choć byłam pozytywnie nastawiony, żyłem swoim celem, znajdowałem sens, miałem piękne relacje. Po prostu byłem zmęczony. Zrobiłem badania i wyszło coś banalnego: „Twoja witamina D jest na poziomie dziesięć. Przy optymalnych 60–100”. Jak mogłem nie wiedzieć, że coś tak małego wybija mi energię? Nie chodziło tylko o sens. Masz rację: ludzie ciężko dziennikują, szukają misji życia, próbują rozgryźć wszystko mentalnie — a przez połowę czasu po prostu nie dają sobie paliwa, żeby w ogóle móc mieć ten przełom.

Tim Ferriss: Nie ma znaczenia, jak dobry jesteś jako kierowca wyścigówki, jeśli nikt nie wymienił oleju, nie sprawdził opon i nie wlał właściwego paliwa. Poziomy trzeba sprawdzać. Znajomym skarżącym się na lęk, depresję albo zmęczenie polecam czasem badanie mikroskładników — i wychodzi niedobór pierwiastków. To bardzo częste: miedź, selen i inne. Mówię: „Zjedz garść orzechów brazylijskich raz dziennie przez tydzień i daj znać”. Po tygodniu: „Mam energię!”. No dokładnie — selen odhaczony. To bardzo uspokaja ludzi. Bo jeśli ktoś łamie sobie głowę, żeby „rozgryźć X”, i nie idzie naprzód, to niekoniecznie dlatego, że mózg mu nie działa albo że jest za mało bystry.

Jest masa bzdur na temat stymulacji nerwu błędnego, ale jeśli rozmawiać z takimi naukowcami jak dr Kevin Tracey — autor świetnej książki o tym nerwie — to nerw błędny to naprawdę jak dwa transatlantyckie kable po obu stronach szyi, po około dziewięćdziesiąt–sto tysięcy włókien każdy. Tracey ma w książce znakomitą historię. Opisywał badania nad tzw. odruchem przeciwzapalnym i nad zapobieganiem przytłaczającym burzom cytokinowym — przy COVID i nie tylko. Nerw można stymulować na wiele sposobów: implantem, ale też — porozmawiajcie z lekarzem, nie zaczynajcie brać sami — famotydyną, dostępnym bez recepty lekiem na zgagę, która ma w tym obszarze podobno zdumiewające efekty. I raz wystąpił z tym na scenie, a na tej samej konferencji przypadkiem zjawiła się delegacja Dalajlamy. Dalajlama wstał po wystąpieniu — Tracey mówił o nerwie błędnym w liczbie pojedynczej, dla prostoty — i przez tłumacza zapytał: „Jego Świątobliwość chciałby wiedzieć, czy te struktury biegnące przez szyję są dwie”. Tracey: „Tak, faktycznie są dwie”. Dalajlama zachichotał, bo w jego tradycji istnieje praktyka medytacji nad tymi dwoma kanałami, które biegną przez szyję, a potem unerwiają całe ciało, łącznie z jamą brzuszną. Pomyślałem: ciekawe — starożytna intuicja potwierdzana przez współczesną naukę.

Moja szersza teza — kontrowersyjna, ale wśród naukowców, z którymi rozmawiam, mniej niżby się wydawało — brzmi tak: przy wielu zaburzeniach psychicznych, depresjach i lękach, część obciążeń jest genetyczna, ale sporo tych stanów przewlekłych zaczyna się od ostrej infekcji. Podobnie jak long COVID: ostry atak na układ odpornościowy, często infekcja, prowadzący do przewlekłego neurozapalenia. Gdy się je opanuje, wiele objawów ustępuje — dlatego badano podawanie leków przeciwzapalnych osobom z depresją. Nie namawiam nikogo do łykania przeciwzapalnych: mają skutki uboczne. Ale istnieją inne drogi radzenia sobie z nadmiarem zapalenia i stymulacja nerwu błędnego może być jedną z nich. Nie mogę polecić żadnego dostępnego urządzenia; współpracuję ze znakomitym badaczem ze Skandynawii i mam nadzieję, że w USA w ciągu pół roku pojawi się coś, po co ludzie będą mogli sięgnąć. A wracając do „starożytnej mądrości potwierdzanej przez naukę” — jest tu świetne ogniwo: oddech. Praca z oddechem, w wielu odmianach, najwyraźniej wpływa na odruch przeciwzapalny. I to jest częściowo powód, dla którego ludzie odnoszą korzyści z medytacji, zwłaszcza uprawianej dwa razy dziennie po dziesięć–dwadzieścia minut — po około dwóch tygodniach. To się powtarza z zdumiewającą regularnością: pierwszy tydzień — „nie wiem, czy to cokolwiek robi”, a po siedmiu–dziesięciu dniach coś się przestawia i ludzie mówią: „jestem o wiele spokojniejszy”. Można to tłumaczyć na tysiąc sposobów, ale podam taki, którego właściwie nigdzie nie słyszałem: rytmiczny oddech, który wprowadzasz w takiej siedzącej praktyce, aktywuje nerw błędny. Gdybyście używali stymulatora — pięć minut rano, pięć wieczorem, bo efekt trwa około dwunastu godzin — u większości ludzi potrzeba również około dwóch tygodni, żeby wszystko się ułożyło. Ciekawy „zbieg okoliczności”.

A jeśli ktoś myśli: „o nie, medytacja, tylko nie kaźć mi siedzieć i patrzeć na oddech albo wyobrażać sobie świecę” — rozumiem. Moja małpia głowa chodzi na etylinie. Ale może użyć aplikacji, która pomaga oddychać. Oddech pudełkowy, cokolwiek. Dziesięć minut dwa razy dziennie przez dwa tygodnie — i zobacz, co się stanie. Większość ludzi będzie bardzo miło zaskoczona.

Jak przetrwać pierwsze dwa tygodnie nowego nawyku

Jay Shetty: Jaka jest najlepsza strategia startu z nawykiem, którego korzyść odblokowuje się dopiero po dwóch tygodniach?

Tim Ferriss: Odpowiedź może zabrzmi banalnie: powiedzenie ludziom o tym. Serio. To jak z reklamą „ucz się języka, a nauczysz się języka” — tak ustawiasz kogoś na porażkę. Używam tego przykładu, bo większość ludzi ma traumę po nauce języków. A jeśli powiesz: „słuchaj, tak będzie wyglądał wykres. Po wprowadzeniu nowej konstrukcji gramatycznej wejdziesz w dołek żalu — spokojnie. Będą plateau, które nie są prawdziwym plateau: umysł przestawia się, żeby strawić dodatkową złożoność” — jeśli wytłumaczysz komuś „wykres giełdowy jego mózgu”, to nie wpada w panikę i mniej osób odpada. Przy medytacji mówię: korzyści mogą przyjść szybciej, ale z doświadczenia wynika, że gdzieś między drugim a dwóch i pół tygodniem coś się przełącza.

I druga zasada: rób mniej, niż myślisz, że możesz. Dotyczy każdego nowego nawyku. Jeśli dwadzieścia minut to jazda na czerwonym polu — rób dziesięć. Mniej, niż możesz, bo to buduje wytrzymałość, długowieczność i entuzjazm. Nie wyciskaj tego kamienia do sucha. Z etyki protestanckiej i samowystarczalnego twardziela jest sporo dobrego, ale wdrażanie nowego zachowania to nie jest miejsce, w którym pokazujesz, ile udźwigniesz.

Niedoceniana sprawa: nastawienie oczekiwań może być brakującym składnikiem. Gdybym namawiał przyjaciela — a robię to często — powiedziałbym: „tak jak dieta ketogeniczna, tu jest zaliczone albo niezaliczone. Binarnie. Nie da się w pięćdziesiąt procent. Dobra wiadomość: po dwóch i pół tygodniaach będziesz wiedzieć, czy to w ogóle u ciebie działa. A jeśli działa, może działać spektakularnie. Jeśli odpadniesz po tygodniu, całość poszła na marne. Więc po prostu zadeklaruj te dwa i pół tygodnia”. I jeśli potrzebujesz zakładu z przyjacielem, żeby postawić coś na szali i wstydzić się, gdy odpuścisz — proszę bardzo, to też działa. Sporo o tym pisałem w „The 4-Hour Chef”: jak ustawić motywację tak, żeby rzucanie było trudne. Niech kumpel zrobi ci zdjęcia w bieliźnie, w jak najgorszym świetle, i opublikuje je światu, jeśli nie wytrzymasz dwóch i pół tygodnia. Albo zakład na sto dolarów, które przyjaciel przekaże w twoim imieniu na kampanię polityka, którego nienawidzisz najbardziej. Każdy potrzebuje powodów.

Przy norweskim 4×4 jest jeszcze jeden wykręt nauki. Zbadano sześć miesięcy i efekty sięgają pięciu lat — ale to nie znaczy, że potrzebujesz sześciu miesięcy. Taki był po prostu projekt badania. Zakładam, że to nie jest wszystko albo nic, że efekt kumuluje się stopniowo. Właśnie o to dziś pisałem z Timmym Woodem: co wiemy, a czego nie? Może zamiast szesnastu minut treningu VO2max wystarczy mniej, byle osiągnąć pewien szczytowy poziom mleczanu? Może dziesięć minut, może pięć minut treningu siłowego wystarczy, jeśli przekroczysz próg? Pytanie. Czy ktoś robił trzy miesiące tego protokołu i patrzył na efekty? Może tak, może nie. To są właśnie rzeczy, które finansuję przez moją fundację — mam dość obgryzania paznokci w zastanawianiu się. Być może istnieje mniejsza minimalna dawka skuteczna. Zobaczymy. Widzicie pewnie, czemu muszę radzić sobie z tym moim obosiecznym OCD: świetne, gdy czyta się naukę; mniej pomocne, gdy cztery dni z rzędu analizujesz w kółko wczorajszy błąd.

Zwrot: ból, ruminacje i Nolan Williams

Jay Shetty: Czy był moment, w którym musiałeś skręcić? Co pomogło ci go zrobić?

Tim Ferriss: Kilka rzeczy. Jest taki stopień bólu — zwłaszcza rozciągnięty na lata — z którego chce się ulgi. A u części nas tym bólem jest po prostu zapętlający się, ruminujący umysł, który zwraca się przeciwko sobie. U mnie OCD objawia się wyłącznie wewnętrznie: nie przełączam w kółko świateł i nie myję rąk — nie umniejszam niczego, ludzie mają różne formy; przy mojej mamie moje OCD to bułka z masłem. U mnie wszystko dzieje się w głowie: „a co jeśli…”, „powinienem był powiedzieć…”, pętla, pętla, pętla. Wyobrażanie sobie rozmaitych rozwiązań. Przeżuwanie rozmowy, którą chciałoby się, żeby potoczyła się inaczej. I to wykańcza. Naprawdę wykańcza.

Spoczywaj w pokoju Nolan Williams, który niestety odszedł. Poznałem go przez temat psychodelików — był prawdziwym erudytą. Prowadził na Stanfordzie przełomowe badania nad ibogainą. To alkaloid z krzewu Tabernanthe iboga; plemię Bwiti i nie tylko używają kory korzenia w bardzo długich, ekstremalnie intensywnych rytuałach — to Mount Everest wśród doświadczeń psychodelicznych. Nie ma z tym zabawy: u części ludzi poważne ryzyko dla serca; można umrzeć — inaczej niż przy większości psychodelików. Nolan jako pierwszy przyłożył naukowe szkło do zmian neuroanatomicznych, konkretnie u weteranów. I ibogaina robi coś zadziwiającego: skutecznie odmładzała mózg tych ludzi, szczególnie po urazach czaszkowo-mózgowych. Rzadkość — nie obserwowano tego przy innych substancjach, w tym innych psychodelikach. Wydaje się, że chodzi o czynnik neurotrofowy pochodzenia glejowego. Tak się poznaliśmy, a potem okazało się, że to nie koń z jedną sztuczką: był jednym ze światowych liderów nieinwazyjnej stymulacji mózgu — przyspieszonej TMS. Zacząłem czytać literaturę i wyniki, i myślę: dajcie spokój. Po pierwsze, czyta się to jak science fiction. Po drugie, brzmi jak totalne oszustwo. Ale wiem, że nie jest — to naukowcy z samej czołówki.

I tu tło: zawsze opisywałem się jako osoba zmagająca się z depresją. Gdy w końcu najskuteczniej się z nią rozprawiłem, zrozumiałem, że ta depresja rodziła się ze zmęczenia, a zmęczenie — z lęku, który rozbijał mi sen. Kostką domina, którą trzeba było przewrócić, był lęk. Trochę jak z VO2max: to wskaźnik, na który wskazujesz, ale katalizatorem był właśnie lęk. Pomyślałem: spróbuję. Profil bezpieczeństwa wygląda atrakcyjnie, sama stymulacja jest relatywnie niskiej mocy, technologia istnieje od dziesięcioleci. Potencjał w przeważającej mierze dodatni. Są ryzyka, o których trzeba wiedzieć — każdy może wyszukać „accelerated TMS” — ale ogólnie, przy takim przewlekłym cierpieniu psychicznym, jakiego doświadczałem, to było atrakcyjne. Tak to się zaczęło.

Dostępność i koszty

Jay Shetty: Jak dostępne to jest dziś?

Tim Ferriss: Klasyczna TMS jest bardzo dostępna. Podobnie jak przy klinikach ketaminowych trafiają się jednak ekipy „nocnej zmiany” — kupujący musi być czujny, odrobicie pracę domową. Ale TMS jest szeroko dostępna i często refundowana przez ubezpieczenia. Przyspieszona TMS — o ile wiem — na razie refundowana nie jest. Dostępna w niektórych klinikach; ja korzystałem z Akasha Clinic w Sunnyvale w Kalifornii. Drogo. Te pięć dni — drogo. Po części dlatego zgodziłem się być jedną z pierwszych sześćdziesięciu małp wystrzelonych w kosmos z D-cykloseryną i protokołem jednodniowym: jeśli ściśniesz pięć dni do jednego, koszt powinien spaść drastycznie. I dostępność wzrośnie, bo niewielu może wziąć cały tydzień wolnego — naprawdę wolnego, bo mózg będzie wykończony. Pamiętam pierwszy dzień stymulacji: przespałem dziewięć godzin, czułem się znakomicie, mógłbym skakać w miejscu cały dzień. Po pierwszej, ośmiominutowej stymulacji czułem się, jakbym zaliczył trzy nieprzespane noce przed egzaminem. Takie psychiczne zmęczenie. Więc żadnych złudzeń, że między seriami „skrócisz” sobie pięćdziesiąt minut pracy. Nie wypali. Ale wersja jednodniowa? To może być przyszłość dla wielu ludzi. Nie jest szeroko dostępna, ale można poszukać — klinik jest niewiele. Dwaj główni producenci sprzętu to Brainsway, z którego korzystałem, oraz MagVenture; oba mają bardzo rozwinięty sprzęt. Jest też Ampa Health, firma skupiona na protokole jednodniowym — nie testowałem, nie mogę się wypowiedzieć; wyglądają na wiarygodnych ludzi, ale nie zrobiłem analizy due diligence. Cała moja misja to być świnką morską, która robi notatki, żeby nie wszyscy musieli. Na wypadek zniszczeń ubocznych — bo bywają.

Kultura osiągnięć a kultura akceptacji

Jay Shetty: Kultura osiągnięć i kultura akceptacji razem działają synergicznie, a my zwykle bujamy się między jedną a drugą w różnych fazach życia. Jak ty to ogarniasz — dla siebie i dla innych?

Tim Ferriss: Powiem coś, co może zaskoczyć. Jako facet, który napisał „Pracę 4 godziny tygodniowo”: nie mam problemu z osiemdziesięciogodzinnymi tygodniami pracy, jeśli stoją za nimi dobre powody. Niech to chwilę osiądzie. I dodam coś, czego zwykle nie dodaję: przeczytajcie Modlitwę o pogodę ducha — naprawdę, oryginalny tekst. Bo akceptacja wszystkiego bez wyjątku to zostanie krową stojącą w deszczu: komfort i bierność. A całkowicie nieskrępowane dążenie do osiągnięć to wyścigowy chart pędzący po torze za mechanicznym królikiem. Te psy nie są w stanie biec długo. Ale sprint — owszem.

Po pierwsze więc: jeśli czegoś nie możesz kontrolować ani na to wpływać, ląduje to w szufladzie akceptacji. Dlatego od trzech–czterech lat nie mam social mediów w telefonie. Doomscrolling nie pomaga — z tysiąca powodów. Ludzie przytakną na poziomie deklaracji, ale popatrzcie na zachowanie: pokaż mi, co robisz, nie to, co mówisz. Mam kolegów z najwyższej półki osiągnięciowej — gwiazdy biznesu. Jeden z nich, bystrzak z piękną rodziną, kilka lat temu usunął X z telefonu i po miesiącu mówił, że to dało mu tyle, co dwadzieścia lat terapii: „wszystko jest lepsze”. A niedawno w grupowej rozmowie zaczął znów wrzucać linki z X-a. Piszę: „o nie, wróciłeś do kieliszka. Kiedy to się stało?”. On: „ach, wciągnęli mnie z powrotem w ten szambo. To najgorsze”. Człowiek wyglądał, jakby dopiero co wyszedł z obozu jenieckiego. Przepraszam, jeśli słuchasz — nie że wrak, ale stan psychiczny wyraźnie się pogorszył. Wniosek: jeśli na czymś nie możesz działać albo nie będziesz działać, musi to trafić do szuflady akceptacji albo wybiórczej ignorancji.

Po drugie — strona osiągnięciowa. Przyjaciel Josh Waitzkin, mój drugi gość w podcaście — to o nim nakręcono „Szukając Bobby’ego Fischera”; uważany za szachowe cudowne dziecko, czego nienawidzi, bo słabo go to opisuje: jest dziś światowej klasy w kilku różnych dyscyplinach — ma maksymę: unikaj „szóstki na wolnych obrotach”. Chodzi o to, że albo jesteś całkiem wyłączony — możesz sobie drzemać pod trybunami — albo całkiem włączony: pełna koncentracja, szósty bieg. Unikaj wszystkiego pomiędzy. A większość ludzi jest zagrożona grawitacyjnym ciągnięciem ku trybowi domyślnemu, czyli właśnie tej szóstce na wolnych obrotach: przerywają ci wiadomości i e-maile, odpowiadasz na „pilne” kryzysy wyprodukowane przez innych ludzi. To wykańcza psycho-emocjonalnie. Ja więc próbuję oscylować między głębokim odpoczynkiem a sprintem. Bo — choć chciałbym myśleć inaczej — jestem psem roboczym. Jak border collie. Jeśli bezczynne ręce to warsztat diabła, to border collie zamknięty w mieszkaniu pogryzie kanapę na drzazgi i zamieni się w nerwowy wrak. Wielu ludzi jest takich. Ja jestem. Dobrze mi z misją albo projektem — i nikt nie musi za to przepraszać.

Konkretnie: mam 850-stronicowy szkic książki i pytam siebie, co z tą bestią zrobić. Pewnie zorganizuję wyjazd, na którym będę tylko jeść, spać, ćwiczyć i pisać. Na maksa — tyle godzin dziennie, ile udźwignę, codziennie, przez kilka tygodni. To nie będzie „praca 4 godziny tygodniowo”, ale ma punkt końcowy i precyzyjny cel, z którym czuję się w zgodzie. A potem obłożę to z dwóch stron kilkoma dniami z garścią najbliższych przyjaciół, żeby zaparkować i zejść do zera. Ten dokładny scenariusz nie każdemu pasuje, ale sama mantra „unikaj szóstki na wolnych obrotach” może dać bardzo dużo.

Jay Shetty: Co jest najtrudniejsze w tym przełączaniu? Twój kolega rzucił X, odczuł zyski — i dał się wciągnąć z powrotem.

Tim Ferriss: Miał za dużo czasu. Jest „poekonomicznym” border collie — ma mnóstwo wolnego czasu z wyjątkowych powodów. Ale szersza odpowiedź: jeśli nie masz pierwszoplanowego projektu albo misji — a to nie znaczy, że praca musi być miłością życia; pracować, żeby żyć, w tolerowanej robocie, w której jest się dobrym, jest zupełnie w porządku — to jeśli np. jesteśDryfującym przedsiębiorcą, masz kilka fajnych rzeczy, ale brak wielkiego TAK (jak mówi Derek Sivers), będziesz kuszony, żeby łazić bez celu. I tak kończysz na sedesie z Instagramem: „nie czuję nóg… o, siedzę tu od czterdziestu pięciu minut”. Bywałem. To znaczy, że twoje TAK jest za małe. Potrzebujesz większego TAK.

Tyle że „unikaj szóstki” mówi tylko, czego nie robić — a to mało kierunku. Inna rama pochodzi od przyjaciela, Chrisa Sacca, jednego z najlepszych inwestorów, jakich znam, z niesamowitą historią życia. Jego pytanie brzmi: żyjesz w ofensywie czy w obronie? Jeśli odpowiadasz na cudzą agendę dla twojego czasu — e-maile, wiadomości — to obrona. Zaobserwowałem, że bardzo zapracowani znajomi nadrabiają teraz e-maile w niedziele; niedziela to ich dzień nadrabiania. Dostaję wtedy służbowe SMS-y. I dla zdrowia psychicznego muszę odpisać: „Hej! Sorry, w weekendy nie robię interesów. Napisz w poniedziałek albo we wtorek”. Jak u doktora Seussa, czyli Teda Geisela: „ci, na których ci zależy, nie będą mieli pretensji; a jeśli ktoś ma pretensje — to znak, że nie na nim powinno ci zależeć”. Jeśli kogoś to wkurzy — trudno, niech się wyłączy. A moi przyjaciele? „Jasne, super. Narka”. Celuj więc w ofensywę: to ty decydujesz, co chcesz robić, i przydzielasz temu czas oraz energię, zanim zaczniesz reagować. Jim Collins, autor „Good to Great” i „Built to Last”, liczy godziny twórcze: ponad tysiąc na każdy 365-dniowy okres, codziennie. Gdy zostaje w tyle — „coś trzeba zmienić”. Ja nie robię tego na jego poziomie, ale staram się najpierw tworzyć, a potem zarządzać: godziny po przebudzeniu, na ile się da, rezerwuję dla pracy twórczej.

Jeden ekran naraz i zero social mediów w telefonie

Jay Shetty: Wracając do ekranów i doomscrollingu — brzmi podstawowo, ale z tym wszystkim się zmagamy. Musiałem zobowiązać się, że gdy jestem przy ekranie, to tylko przy jednym. Siadaliśmy z żoną wieczorem do serialu, a ja i tak łapałem się na drugim ekranie. Mało jest seriali, które potrafią mnie zatrzymać…

Tim Ferriss: A jestem bardzo głęboko wpleciony w technologię. Moja główna działalność to inwestycje anielskie, którymi zajmuję się od 2008 roku — ekonomicznie to większa część mojego życia zawodowego. Mieszkałem w Zatoce prawie dwadzieścia lat. I twórcy tych narzędzi — zobaczcie „The Social Dilemma” — mówią wprost: traktujcie to jak papierosy. To jest niesamowicie niezdrowe, nawet w umiarkowanych dawkach. Wspominam o swoim zapleczeniu technologicznym po to, żeby nikt nie machnął ręką: „Tim może nie mieć aplikacji w telefonie, bo jest skrajnym przypadkiem, taki amisz”. Nie, nie, nie. Duża część mojej pracy opiera się na wiedzeniu, co się dzieje. I mimo to nie mam żadnej aplikacji społecznościowej w telefonie. Jeśli ktoś mówi: „potrzebuję tego do firmy” — w porządku: możesz wchodzić przez laptopa. Możesz nagrywać filmy i wrzucać je hurtowo albo planować publikacje z góry. Chodzi wyłącznie o to, żebyś nie przerywał sam sobie aplikacją w telefonie. Jeśli to wykonalne — spróbuj przez dwa tygodnie. I mam takie przekonanie: jeśli nie potrafisz, a twoje utrzymanie od tego nie zależy, to jesteś uzależniony. Jak alkoholik. Jak palacz. Masz problem. Mogę mówić o medytacji i medycynie biologicznej, ale samo zejście z social mediów na dwa tygodnie zrobi, jak sądzę, dla wielu osób tyle samo dobrego co dziesięć lat terapii. Zwłaszcza gdy przez całą terapię co chwilę podpinasz się pod tę żyłę.

I jeszcze kofeina.

Jay Shetty: To samo przy jej ograniczaniu?

Tim Ferriss: Ludzie mówią: „mam lęk”. Pytam: ile pijesz kawy? „Trzy–pięć filiżanek”. To jest płynny lęk. No oczywiście, że masz lęk. Znów wracamy do zasilenia: może to nie jest problem do rozwiązania, tylko kwestia biologiczna. A kofeina nie jest paliwem — zmusza cię do szybszego spalania tego, co masz. Rozumiem mechanizm, adenozynę i tak dalej, ale uprośćmy: nie dolewa paliwa do systemu, tylko je przyspiesza. Ma też całkiem poważny wpływ na glikemię. Załóż ciągły monitor glukozy i wypij kilka kaw — „o, jestem nagle daleko poza zakresem”. I „dołek po kofeinie” wcale nie musi być efektem jej ubywania — skoro i tak źle śpisz — tylko tego, że glukoza najpierw strzela w górę, potem spada. I jesteśmy z powrotem przy problemie paliwa.

Jay Shetty: Wszystkie drogi prowadzą do paliwa. Czekamy więc na książkę „Paliwo 4 godziny tygodniowo”.

Tim Ferriss: Najpierw trzeba obgryźć tego tysiącstronicowego potwora.

Akceptacja: obserwować zamiast naprawiać

Jay Shetty: Co było dla ciebie najtrudniejsze do pogodzenia z samą ideą akceptacji?

Tim Ferriss: Dwa przykłady. Pierwszy, osobisty: każda medytacja polegająca na obserwowaniu, a nie tłumieniu czy naprawianiu. Kiedy wstępuje frustracja, niepokój, niechęć — po prostu to nazwij i pozwól temu być, jak matka przytulająca płaczące dziecko. To trudne. Ale wyćwiczenie umiejętności przyglądania się temu, co nazywasz nieprzyjemnym albo negatywnym, bez próby zmieniania — jest bezcenne.

Drugi przykład jest relacyjny. Ludzie są szaleni. Każdy człowiek jest zwariowany — irracjonalność to stawka wstępna. Stąd cała teoria efektywnych rynków, wedle której „jesteśmy racjonalnymi agentami działającymi w własnym najlepszym interesie”, budzi we mnie jedno pytanie: ekonomisto, wychodziliście kiedykolwiek z budynku i spotykali ludzi? O czym wy mówicie? W relacjach polecam zasób: audiobook „Fierce Intimacy” Terry’ego Reala, znakomitego terapeuty — zaproś go koniecznie do programu. Ma kilka zasad, na których stoi cała metoda, a jedna z nich brzmi: w związkach obiektywna rzeczywistość nie istnieje. Przykład — zepsuję go, u niego jest bardzo zabawnie. Mąż i żona przy kolacji. Kelner odbiera zamówienie i odchodzi, a mąż mówi: „kochanie, nie musisz krzyczeć”. Ona: „nie krzyczę”. On: „krzyczysz”. Widzicie, dokąd to zmierza. I niech mąż powie: „kochanie, spodziewałem się tego, więc wynająłem zawodowych akustyków i przyniosłem rejestratory: według poziomu decybeli, według każdej konwencjonalnej definicji — krzyczysz”. To pomoże? Oczywiście, że nie. Katastrofa. W bliskiej relacji chodzi o zaakceptowanie, że dla każdego z nas jego interpretacja rzeczywistości, jego przeżycie — jest prawdziwe. A próba „wygrania” sytuacji przez spór o fakty to ślepy zaułek.

Jay Shetty: I wszyscy tak robimy. To dosłownie wszystko, co robimy.

Tim Ferriss: Facienci są w tym szczególnie niechlubni — nie chcę ulegać stereotypom, ale nazwijmy rzeczy po imieniu; kobiety też to robią. Gdy ktoś jest roztrzęsiony — staraj się być ciekawy, zanim zareagujesz. Brzmi to może jak pusta kołysanka z obozu, ale to jest element kluczowy. I łączy się z produktywnością — wszystko jest ze sobą powiązane. Masz przestrzeń, żeby myśleć, czy tylko reagujesz na SMS-a w niedzielę? Potrzebujesz przestrzeni, a sposobów, by ją wyhodować, jest wiele; medytacja to jedno z narzędzi. Gdy wypiłeś trzy kawy i układ współczulny gotuje się na najwyższych obrotach — co zrobisz? Odgryziesz komuś głowę. Znów ta biblioteczka „paliwa”: jesteś wyczerpany? Napraw to. A część relacyjną trzeba ćwiczyć w brudnej rzeczywistości relacji, inaczej się nie liczy. Możesz przeczytać wszystkie książki o związkach świata — bez praktyki nic z tego.

Ja — delikatnie mówiąc — nie wychowałem się w domu, który modelował zdrowe rozwiązywanie konfliktów. Krzyki i awantury. Jeśli czegoś się nauczyłem, to najbardziej przeciwskutecznych metod. Wniósłem to do związków i — niespodzianka — cuda pozytywności nie nastąpiły. Ale w ostatnich dziesięciu latach jestem o wiele, wiele lepszy. Dług wdzięczności zaciągnąłem u Terry’ego Reala — jedna z byłych partnerkek wprowadziła mnie w jego pracę, podobnie jak przyjaciel Kevin Rose. Terry nie jest jedyną prawdą: jak przy stylach rodzicielskich — jedni kochają doktor Becky Kennedy, mnie jej podejście leży, inni找到ą sobie coś innego. Ale do twojego pytania o akceptację: w związkach ma ona ogromne znaczenie i przybiera wiele odsłon.

Pierwsza: umieć siedzieć z nieprzyjemnymi uczuciami bez konieczności ich naprawiania czy tłumienia. Co zresztą wiąże się z pracoholizmem, kulturą hustle i kompulsywnym używaniem social mediów: „hm, jestem znudzony, nie lubię tego, muszę coś zrobić”. Nie. Ktoś może przyczepić się pedantycznie, że „nuda to nie uczucie” — rozumiesz, o co chodzi: to doświadczenie, którego nie lubisz.

Druga: jeśli wyrosłeś w domu takim jak mój, przeczytaj „Porozumienie bez przemocy” Marshalla Rosenberga. Tak, jest w tym coś „sztywnego”: jest format i bywa powtarzalne — ale zgadnij co: jeśli wychowanie nie dało ci żadnych narzędzi do rozwiązywania konfliktów, potrzebujesz formatu. Szablonu. I jest niesamowicie pomocny. Cały proces sobie wyszukajcie — przegląd poda wam ChatGPT czy cokolwiek innego. Ale najważniejsze jest na końcu: sformułuj prośbę. Nie narzekaj tylko na uczucia i na to, co zrobił partner — miej prośbę. I nie mów mu wyłącznie, czego nie robić, bo to niepomocne.

Że to działa, utwierdziłem się, kopiując rozwiązania między dziedzinami. Przyjaciel Jason Nemer, współtwórca acro jogi — w Południowej Kalifornii to wszędzie: w parku ludzie na stopach innych ludzi robią różne cuda; to akrobatyka w parach, bywa całkiem spokojna. Kiedy ktoś stoi na twoich dłoniach, powiedzenie „nie dociskaj pięty” jest niepomocne i wręcz niebezpieczne. Mówisz zamiast tego: „więcej palców”. Zawsze dawaj kierunek: co robić, a nie czego nie robić. I to samo dotyczy rozwiązywania konfliktów.

Czasem można rozmawiać o obiektywnej rzeczywistości — ale nie wtedy, gdy ktoś jest rozregulowany. Wtedy nie zadziała. Dotyczy to również ciebie samego. Jestem teraz w znakomitym związku; w ostatnich latach wszystkie moje relacje są w najlepszej formie, jaką pamiętam — i wciąż się poprawiają. Jeśli jestem rozregulowany — za dużo kawy (to zresztą najpowszechniej używany stymulant świata), za mało snu, coś się sypie w biznesie, ktoś zawalił sprawę — a partnerka chce porozmawiać, mówię: „kochanie, chętnie o tym porozmawiam — przy kolacji. W tym momencie jestem na czystym zerze zasobów, nie jestem w stanie dobrze o tym rozmawiać. A poza tym jestem zły o parę rzeczy, które nie mają z tobą nic wspólnego”. Ona: „dobrze, jasne”. Obie strony muszą uznać taką opcję za dopuszczalną.

Jay Shetty: Podobnie działa to przy produktywności. Mówię żonie: „masz przede mną szalony tydzień — z góry uprzedzam, że mogę mieć mniej przestrzeni, spokoju i obecności niż zwykle”. Można zawczasu przewidzieć, jak się poczuję. „Jestem w tym tygodniu w trasie, wpadam do domu na trzy godziny i znowu wyjeżdżam”. Ludzie powinni wiedzieć, jak wygląda twój tydzień — bo chodzimy z przekonaniem, że partner powinien się domyślić.

Tim Ferross: A jak to brzmi? Dokładnie jak to, o czym mówiliśmy przy dwóch tygodniach medytacji: nastawianie oczekiwań. W życiu możesz mieć prawie wszystko, czego chcesz, jeśli wcześnie zarządzasz oczekiwaniami.

Pytania warte zadawania: antylopa czy myszy polne

Jay Shetty: Jakie pytania są warte odpowiedzi? Pytamy dziś więcej niż kiedykolwiek, a z AI będziemy pytać jeszcze więcej. Moim zdaniem to lepiej niż pokolenie „odpowiedzi”, w którym dorastaliśmy — mieć odpowiedź było mądrością. Obaj wiemy, że mądrzejsze jest zadanie właściwego pytania i mam nadzieję, że AI pomoże nam w tym być lepszymi. Ale które pytania są warte zadawania? Mam wrażenie, że rozprasza nas zestaw pytań bez wartości.

Tim Ferriss: Pytania, do których wracam, pożyczyłem z różnych źródeł. Za mną, na półce, stoi „Letters from a Stoic” Seneki, wydanie Penguin; rozdałem chyba sto egzemplarzy tej książki. Stoicyzm i buddyzm mają mnóstwo wspólnego. Jedno z pytań — paradoksalnie — pochodzi z polityki. Ktoś, kto współprowadził „sztab wojenny” Billa Clintona, przytoczył je w książce, którą kupiłem za grosze w antykwariacie w trasie; pytanie — jak twierdzili — wzięli od Nowta Gingricha. Politycznie byli na antypodach, ale uznawali jego bezlitosną skuteczność w przejmowaniu Izby Reprezentatywów. Pytanie brzmi: polujesz na antylopy czy na myszy polne? Historia: lew może utrzymać się przy życiu, łapiąc myszy — zjadłby ich sto dziennie. Może też włożyć energię i skupienie w zabicie antylopy, która starczy na dzień, dwa, trzy. Metafora tego, o czym rozmawialiśmy: czy gonisz za mnóstwem mikroprojektów, gasisz pożary, grasz w obronie, żonglujesz dziesięcioma „fajnymi” projektami zamiast jednego wielkiego TAK? Jeśli tak — jesz myszy polne. I to nie jest sposób, w jaki lew powinien żyć. Przeżyć — przeżyjesz. Ale to nie jest życie. Musisz polować na antylopy.

Jay Shetty: A co powiedzieć ludziom, którzy mówią: „Tim, ja nie chcę być lwem. Wam podoba się być lwami, gonić antylopy — ja chcę spokojnie gonić myszy i być szczęśliwy”? Bo jako społeczeństwo bujamy się między „typ A, zwycięzcy” a „chcę swojego kawałka życia i spokoju”.

Tim Ferriss: Cieszę się, że o to pytasz, bo lew — król dżungli, drapieżnik szczytowy — to niestety efekt uboczny obrazka, który sugeruje, że chodzi o dominację. Sedno jest gdzie indziej: wróćmy do ludzi, którzy rozsypują się, gdy mają za dużo wolnego czasu — to wielki powód, dla którego większość emerytur się nie udaje, a zdrowie wielu osób runie zaraz po przejściu na emeryturę. Chodzi o wiedzę, co jest twoją wielką rzeczą. O skupienie. Ludzie — psycho-emocjonalnie, filozoficznie — zajmują się wytwarzaniem sensu. Nie da się tego robić, filtrując e-maile według priorytetów. Nie da się oszukać samego siebie, że to jest głęboko znaczące. Część ciebie będzie wiedziała, że nie jest — i będziesz odpowiednio cierpiał.

Jay Shetty: Powiedzmy: nauczycielka przedszkolna, której gwiazda północna brzmi — chcę poświęcać jak najwięcej czasu temu, co poprawia życie tych dzieci.

Tim Ferriss: Pięknie. To wszystko. Czy organizowanie kiermaszu ciastek dla rady rodziców się do tego dokłada? Jeśli to nie rodzice twoich uczniów — nie. A więc: nie. Czy odpowiadanie na SMS-y znajomych, którzy wciągają cię na drinka w środę wieczorem, się przyczyni? Nie — wręcz przeciwnie. Nadal możesz się bawić, nie mówię „nie baw się”. Ale możesz mieć gwiazdę północną. I nie musi być jedna na zawsze — to bywa przytłaczające: „czym jest moje powołanie, moja misja?”. Nie musi być wielka i wieczna. U mnie zwykle nie jest. Mam nadrzędne wartości, które kierują moim zachowaniem, ale wchodzę totalnie immersyjnie w — uzupełnij sam: pół roku medycyny biologicznej i nic więcej mnie nie interesuje, tylko to, jak przełożyć ją na coś użytecznego w realnym świecie. Nie musi być na zawsze. Może to być uczenie własnych dzieci.

Jay Shetty: To jest skupienie. Środek ciężkości.

Tim Ferriss: Jestem niepoprawnym kolekcjonerem aktywności — kocham pasje i jestem wszędzie naraz. A teraz, skupiony na związku, który — na szczęście, trzymam kciuki — rozwija się wspaniale, zastosowałem regułę pożyczoną od Kelly’ego Starretta, znakomitego trenera wydolnościowego i fizjoterapeuty, który sam uprawia tysiąc rzeczy. Powiedział mi kiedyś, że dodaje nowe czasochłonne aktywności fizyczne wyłącznie takie, które może uprawiać z żoną albo dziećmi. Żadnych solo. I pomyślałem: świetna funkcja wymuszająca. U nas więc: nowe hobby tylko wtedy, gdy mogę je uprawiać razem z nią. Oczywiście za pół roku możesz zmienić zdanie — „na razie działa to tak”. I myślę, że to się kwalifikuje jako wielkie TAK.

Odejmuj zamiast dodawać

Tim Ferriss: Drugie pytanie, które coraz częściej sobie zadaję: co, gdybym mógł tylko odejmować, a nie dodawać? To trudne dla osiągnięciowców. Masz problem zdrowotny albo cel — i automatycznie dodajesz: nowe oprogramowanie, nowy magiczny suplement, kolejne książki. A co, gdyby odwrócić to pytanie: co, gdybym mógł osiągnąć cel albo rozwiązać problem wyłącznie przestając robić pewne rzeczy? Przykład: usunięcie social mediów z telefonu. Albo — to nie porada medyczna, tylko przykład — uważam, że post przerywany i diety naśladujące post są gigantycznie niedocenione. Z lekarzami trudniej o tę rozmowę, bo są w biznesie dodawania — mają w USA średnio jedenaście minut na pacjenta. Mógłbym sięgnąć po tirzepatyd, agonistę GLP-1 — bywają argumenty, neuroprotekcja i tak dalej — żeby ogarnąć zdrowie metaboliczne. Albo mogę zastosować post przerywany: przenośny, sprawdzony. Ludzie — na długo zanim staliśmy się Homo sapiens — miewali okresy bez jedzenia.

U mnie konkretnie: szesnaście godzin postu, osmiogodzinne okno jedzeniowe, w którym jem dwa duże posiłki. Cała moja rodzina ma insulinooporność — mamy „krzywe” geny w tym temacie. Jeśli robicie badania, nie poprzestawajcie na glukozie na czczo: oznaczcie insulinę i zróbcie doustny test obciążenia glukozą. Przynajmniej te trzy pozycje. Po czterech–sześciu tygodniach postu przerywanego: wszystkie dołki energii, które gasiłem kofeiną, zniknęły. Energia równa przez cały dzień. Budzę się — i jestem rozbudzony; to jedna z zalet ketonów. A wynik testu tolerancji glukozy: lekarze powiedzieli A z plusem. Cztery–sześć tygodni to nic. Można by też porozmawiać o ascezie, o wartości wstrzemięźliwości — Seneka ma o tym sporo. Ale pytanie brzmi: co, gdybym mógł tylko odejmować? Zrób analizę 80/20 i wskaż największych pożeraczy energii — aktywności, ludzi. Co, gdybyś mógł tylko usuwać, niczego nie dodając?

I jeszcze jedno: cokolwiek jest twoją stałą praktyką albo regułą — co, gdybym przez 48 godzin albo tydzień robił dokładnie odwrotnie? To bardzo potężne pytanie.

Jay Shetty: Daj przykład takiego odwrócenia.

Tim Ferriss: Pierwsza praca po studiach: przedstawiciel handlowy ds. technicznych w firmie sprzedającej pamięci masowe. Sprzedawaliśmy — dziś to zabawnie brzmi — petabajtowe systemyStorageowe studiom filmowym, National Geographic Survey i tak dalej. Doświadczeni handlowcy wchodzili do biura o dziewiątej i od dziewiątej do siedemnastej wysyłali e-maile i robili zimne telefony — głównie próbując się dobić do CTO i prezesów. Wyniki miałem fatalne; zresztą większość z nich też — ale tak się po prostu robiło, więc ja, świeżo po studiach, kopiowałem. W pewnym momencie pomyślałem: to nie działa. Jestem jednym z najgorzej opłacanych w firmie, mieszkam w drogim rejonie Zatoki, jem w drive-thru — jeśli mam zarabiać na prowizjach, muszę to rozwiązać. Więc: co, jeśli odwrotnie? Żadnych telefonów między dziewiątą a siedemnastą. Zaczynam dzwonić między siódmą a dziewiątą i między siedemnastą a dziewiętnastą. I bardzo szybko zrozumiałem, czemu w godzinach pracy wyniki były tak mizerne: CTO i prezesi są zajęci — mają bramkarzy, „kamizelki kuloodporne” z ludzi, których zadaniem jest powiedzieć „nie”. A ci ludzie schodzą przed dziewiątą i po siedemnastej. Parokrotnie zdarzyło mi się, że w sporej firmie telefon odbierała osoba, która okazywała się prezesem. W ciągu dwóch–trzech miesięcy sprzedałem więcej niż całe biura nowojorskie i losangeleskie dwóch bardzo dużych konkurentów — razem wzięte. Jak? Robiąc odwrotnie. Jeśli coś nie działa — spróbuj odwrotności. Nie zadziała — próbuj czegoś innego.

Z podcastem było podobnie. Niemal każdy — do dziś — daje reklamodawcom terminy netto 30 albo netto 60: publikujesz reklamę, a płacą po trzydziestu–sześćdziesięciu dniach. To generuje masę komplikacji: trzeba ich poganiać, część spóźnia się z płatnością, faktury, rozrachunki, różne harce. No a co odwrotnie? Przedpłata. Wszyscy płacą z góry. Kolejna moja maksyma: najpierw próbuj rzeczy idealnej. Standardową czy skomplikowaną zdążysz zrobić zawsze. Jak wyglądałby mój ideał? Ludzie płacą z góry. Dało się zrobić. I pomyślałem: dobrze, że najpierw spróbowaliśmy właśnie tego. Tych przykładów jest mnóstwo.

Jay Shetty: Świetne pytania. Gdzie ludzie mogą je znaleźć?

Tim Ferriss: tim.blog — dosłownie tysiące stron darmowych materiałów. Pod tim.blog/17 jest PDF z siedemnastoma takimi pytaniami. Stosuję je cały czas. Z biegiem lat staram się je jeszcze bardziej zaostrzać. Bo gdy jestem w trasie i siedzę w pociągu albo samolocie, myśląc: „czemu jestem taki zestresowany?”, mam też inne narzędzia — niektóre znane z „Pracy 4 godziny tygodniowo”, choć nie ja je wymyśliłem: analiza 80/20, przeglądy kalendarza, przeglądy roku, fear-setting. Ale możesz też po prostu patrzeć w okno i rozważać te pytania. I masz odpowiedź: za dużo myszy polnych? Zawsze jestem trochę głodny — czemu? Jest jakieś egzystencjalne rozleniwienie — czemu? Bo jem myszy polne.

Pytania od widzów

Jay Shetty: Kończymy dwoma segmentami. Pierwszy to pytania naszej widowni. Jaka jest różnica między byciem wydajnym a ściąganiem?

Tim Ferriss: Ściąganie sugeruje dążenie do zysku krótkoterminowego kosztem odległych skutków — pomijasz coś, co powinieneś zrobić. Ale powiem więcej: nie poświęcam wydajności tyle uwagi, jak ludziom się wydaje. Za Peterem Druckerem — a „The Effective Executive” powinien przeczytać każdy, bo to znakomita książka — skuteczność to robienie właściwych rzeczy, wydajność to robienie rzeczy we właściwy sposób. Ująłbym to tak: to, co robisz — wybór twojego wielkiego TAK — znaczy o wiele więcej niż to, jak do tego dochodzisz. Jak z Kansasy do Kalifornii autem skierowanym na Nowy Jork: możesz być Mario Andrettim, nie ma znaczenia — jedziesz w złą stronę. „Co” znaczy się bardziej niż „jak”.

Jay Shetty: Która rada zarobiła dla ciebie najwięcej pieniędzy?

Tim Ferriss: Trudno przypisać ją jednej osobie — to kilka wpływów, ale wskażę źródła. Pierwsza: dąż do tego, by być kategorią samą w sobie. Nie celuj w bycie najlepszym — celuj w bycie jedynym. Rozmawialiśmy przed nagraniem o tym, jak zmienił się krajobraz podcastów: dziś trudno byłoby mi zacząć własny show. Potrzebna byłaby węższa specjalizacja i odrębność na kilku poziomach. Tu obowiązkowa lektura: esej Kevina Kelly’ego „Tysiąc prawdziwych fanów” na kk.org — był prawdziwy dziesięć lat temu, a stanie się ultraprawdziwy, gdy AI zacznie pożerać wszystko. Prawo kategorii — rozdział z „22 niezmiennych praw marketingu”; myślę, że cytowałem go w „Tools of Titans” albo „Tribe of Mentors” — miało ogromny wpływ. „Strategia błękitnego oceanu” — to samo terytorium. Czyli: dąż do bycia jedynym.

Druga, bliższa inwestowaniu: Marc Andreessen — słynny przedsiębiorca, technolog i inwestor — ale też nieżyjący już Scott Adams, postać kontrowersyjna, lecz znakomicie wywiązujący się z Dilberta, wybrzmiewali podobnie. Po pierwsze: wejście do czołowego jednego procentu w jednej dziedzinie — jak Michael Jordan w koszykówce czy Yo-Yo Ma w wioloncelistyce — jest ekstremalnie trudne; prawie wszyscy odpadają. Ale jeśli możesz być w czołowej ćwiartce w dwóch dziedzinach, które rzadko się łączą — powiedzmy oprogramowanie (choć AI to zmieni) i debata, albo prawo — nagle jesteś unikatem. Po drugie: wybieraj projekty pod kątem umiejętności, które zdobywasz, oraz relacji, które budujesz lub pogłębiasz — relacji trwających dłużej niż projekt. Bo wiele moich projektów według zewnętrznych mierników kończy się porażką. Ale jeśli buduję przyjaźnie z ludźmi bystrymi i ciekawymi, a przy okazji rozwijam przenośne umiejętności — po prostu wygrywasz. Bardzo trudno nie wygrać.

Jay Shetty: Wielka rada. Dziękuję. Co ludzie z czołowego jednego procenta obsesjonuje na punkcie, o czym większość nawet nie myśli?

Tim Ferriss: Zabrzmi samoobsługowo, bo o tym jest moja 850-stronicowa książka: mówienie „nie”. Absolutna świętość skupienia. Niektórzy są w tym lepsi, inni gorsi, ale każdy na swój sposób jest wobec tego bezlitośnie zdyscyplinowany — zupełnie inaczej niż czołowe 40 procent. Ludzie z pierwszych kilku procent, nawet jeśli sami tego nie dostrzegają, mają systemy, pracowników, niedostępny adres e-mail, nietypowe podejście do kalendarza. Uszczelniają swoją uwagę.

Jay Shetty: A skąd ten pociąg do „tak”? Dogadzanie ludziom? Rozproszenie? Zapchany kalendarz?

Tim Ferriss: To wszystko dobre odpowiedzi. Pierwsze: FOMO, lęk przed przegapieniem — cały współczesny marketing jest projektowany tak, by go podtrzymywać. Ale jeśli masz tylko jeden dobry pomysł albo jedną dobrą szansę, jesteś skończony. Musisz — a buduje się to wyłącznie eksperymentowaniem i czasem w grze — wyhodować w sobie pewność, że potrafisz generować okazje i z nich korzystać. To niesamowicie ważne. W inwestowaniu anielskim — u mnie: bardzo wcześnie, gdy są „dwóch ludzi i pomysł na serwetce” — jeśli nie umiesz mówić „nie”, kończą ci się pieniądze. Koniec gry. Bo większość inwestycji pójdzie na zero. I można pomyśleć, że to się nie przekłada na inne dziedziny, ale: pieniądze można zarobić później. Czasu — o ile wiemy — nie da się stworzyć więcej później. Znów Seneka, „O krótkości życia”. Ludzie palą czas w sposób, którego skalę zrozumieją kiedyś z przerażeniem. Drugie: dogadzanie ludziom. Krótkoterminowo miłe, długoterminowo okrutne. Rachunek zawsze przyjdzie: ta niewygodna rozmowa i tak się wydarzy. Wolisz dwa lata bólu przed nią czy zrobisz ją teraz? I trzecie: myszy polne. Jeśli nie masz swojej antylopy, a ktoś mówi: „pomóż mi z moją antylopą”, „przyjdź na przyjęcie z okazji mojej antylopy” — antylopa jest kusząca, jasne, przyjdę na przyjęcie, na twój bar micwa i pokaz magii, zrobię to i tamto — i zanim się obejrzysz, masz kalendarz pełen myszy polnych. To kilka z wielkich powodów; można je diagnozować godzinami.

Jay Shetty: Jaki jest emocjonalny koszt nieustannego doskonalenia siebie?

Tim Ferriss: Koszt ciągłego doskonalenia się w próżni — bez strony akceptacji — jest taki, że zawsze uważasz, iż jesteś zepsuty. I to zbyt wysoka cena dla każdego. Rozwijałem to w poście „pułapka self-help” — w ciągu dwudziestu czterech godzin od publikacji wiedziałem, że będzie moim najpopularniejszym tekstem ostatnich dziesięciu lat. Szalone; nie spodziewałem się takiego rezonansu. Ciągłe doskonalenie z samej definicji wymaga ciągłego szukania tego, co naprawić — czyli szukania dowodów na to, że jesteś zepsuty. Zawsze jesteś na minusie. Zawsze jest „jeszcze jeden problem”. I spokój wymyka ci się o jeden warsztat, jedną książkę, jeden odosobniony wyjazd, jeden psychodelik — cokolwiek. Jeśli patrzysz na siebie wyłącznie przez soczewkę osiągnięć i samodoskonalenia, zawsze będziesz o krok w tyle. Dopiero strona akceptacji pozwala wyrównać tę huśtawkę.

Jay Shetty: Przypomina mi to starą metaforę wędrówki w góry: idziesz pod górę, zatrzymujesz się, by popatrzeć na widok, idziesz dalej, znów się zatrzymujesz. Nikt nie idzie na wędrówkę i nie ogląda widoku wyłącznie na szczycie — absurd. Tym bardziej że nie ma szczytu: wciąż odkrywasz kolejny. A przecież można było dojść na równy fragment, zjeść kanapki, patrzeć na widok, docenić, jak daleko się doszło.

Tim Ferriss: I dodam: hiperindywidualizm większości self-helpu jest bardzo problematyczny. Pema Czodron ma wspaniały wiersz — wprowadził mnie w niego Harry Shunkman — nie zrecytuję go, bo długi; pochodzi z książki „Kiedy wszystko rozpada się” („When Things Fall Apart”). Mówi o wspinaniu się na szczyt dokładnie tak, jak opisałeś — a problem w tym, że zostawiasz w dole siostrę z alkoholizmem, przyjaciela z psychozą. I na szczycie orientujesz się, że stamtąd prowadzi już tylko zejście — że góra opada z powrotem w bałagan ludzkich relacji.

Jay Shetty: Ostatnie z tej serii: co powiedzieć komuś, kto czuje, że jest w życiu w tyle?

Tim Ferriss: Kilka rzeczy. Po pierwsze: nigdy nie jest za późno. Widziałem mnóstwo przykładów ludzi robiących niesamowite rzeczy od pięćdziesiątki, sześćdziesiątki, siedemdziesiątki. Jim Collins ma nową książkę — nie wiem, czy już wyszła — złożoną z około trzydziestu portretów: to niesamowite przykłady sukcesu, a wielu z tych ludzi najważniejszą pracę życia wykonało właśnie w tych dekadach. Po drugie: „4000 tygodni” Olivera Burkemana — fenomenalna książka. Jest tam rozdział, łatwy do znalezienia w sieci: „terapia kosmicznej nieistotności”. I żeby było jasne — niektórzy mówią: „o, Tim zrobił się nihilistą”. Nie, nie, nie. To nie nihilizm. Możesz sprawić, że twoje problemy przestaną wyglądać na sprawy życia i śmierci, po prostu oddalając obiektyw. Oliver robi to znakomicie. Mój przyjaciel Ed Cooke — przez lata czołowy zawodnik zawodów pamięciowych; to on wytrenował dziennikarza, który został mistrzem Stanów Zjednoczonych w zapamiętywaniu, historia opisana w „Moonwalking with Einstein” — robi dokładnie to samo, choć chyba nawet nie wie, kim jest Burkeman: gdy jest bardzo zestresowany, wyobraża sobie, że kamera oddala się nad jego domem, potem nad miastem, krajem, aż widać planetę, a potem cały Układ Słoneczny. Coś w tym jest — prawie zawsze upuszcza trochę powietrza z opon. Bo — i to nie jest zła wiadomość — jesteśmy gromadą małp na wirującej skale pośrodku kosmosu. Może to, że ktoś wysłał ci opryskliwego maila, w tej skali znaczy… no właśnie. Potrzebuję tego sam, nie macham palcem. Ja umiem się nakręcić: w kryzysie i przy gigantycznych projektach jestem świetny — ale doprowadza mnie do szału największa błahota, jak ktoś, kto mnie wyprzedzi w kolejce przy bufecie w poczekalni lotniska. I będę myślał o nim przez cały ośmiogodzinny lot. „Co ci jest?”. Tak, sam piję tę medycynę. Jest jeszcze świetne zdanie Bertranda Russella, mniej więcej takie: pewnym znakiem zbliżającego się załamania nerwowego jest traktowanie własnej pracy śmiertelnie poważnie. Parafrazuję, ale blisko oryginału. I dawka czyni truciznę: musisz wierzyć w to, co robisz — i jednocześnie pamiętać, że wszyscy gramy tu w „Muppetach”.

Ostatnia piątka

Jay Shetty: Każdy odcinek kończymy „ostatnią piątką” — maksymalnie jedno zdanie. Pytanie pierwsze: jaka jest najlepsza rada, jaką kiedykolwiek usłyszałeś?

Tim Ferriss: Nie wierz we wszystko, co myślisz.

Jay Shetty: Najgorsza rada?

Tim Ferriss: „Trzeba mieć pieniądze, żeby zarabiać pieniądze”.

Jay Shetty: Co kiedyś ceniłeś, a już nie cenisz?

Tim Ferriss: Osiągnięcia bez akceptacji.

Jay Shetty: Czego nigdy nie ceniłeś, a dziś cenisz głęboko?

Tim Ferriss: Doświadczenie emocjonalne.

Jay Shetty: Serio?

Tim Ferriss: Długo uważałem emocje za balast układu limbicznego.

Jay Shetty: Co zmieniło ci zdanie?

Tim Ferriss: Kilka rzeczy. Po pierwsze: nie da się tego ominąć. Kogo chcemy nabrać? Znów Modlitwa o pogodę ducha — „powodzenia, Ferriss”. I nawet gdybyś mógł stać się Spockiem, będziesz mieć do czynienia z ludźmi, którzy Spockami nie są — i wracamy do punktu wyjścia. A po drugie — historia jest za długa na to nagranie — żeby doświadczyć pełni człowieczeństwa, trzeba człowieczeństwo objąć. A bardzo duża jego część jest emocjonalna.

Jay Shetty: Piąte, ostatnie pytanie, zadawane każdemu gościowi: gdybyś mógł ustanowić jedno prawo, którego wszyscy na świecie musieliby przestrzegać, jakie by było?

Tim Ferriss: Uśmiechnij się i przywitaj pierwszy. Pożyczyłem to od Gabby Reece — niesamowitej kobiety, z którą nagrywałem kiedyś razem z Lairdem Hamiltonem. U niej brzmiało to „go first”: zrób pierwszy krok. To naprawdę zmienia wszystko: wejść do pokoju i wnieść do niego energię, którą chciałbyś z niego wynieść. Jest jeszcze jedna rzecz, mniej poetycka, ktoś mi kiedyś to powiedział: jeśli wychodzisz z domu i tego dnia jeden człowiek jest idiotą — może to on jest idiotą. Jeśli wychodzisz z domu i wszyscy są idiotami — ty jesteś idiotą.

Jay Shetty: Prawda. Znam sporo osób z obu kategorii.

Tim Ferriss: No to biegiem po ketony — choćby z orzechów macadamia — albo pod zimny prysznic. Dzięki, że mogłem przyjść. Ogromna frajda — jesteś bardzo dobry w tym, co robisz; fajnie się na to patrzy i fajnie się w tym być.

Jay Shetty: Z kimś takim jak ty to łatwo. To mój ulubiony rodzaj odcinka. Jesteś najlepszy, dziękuję.

(Informacja dodatkowa: Modlitwa o pogodę ducha, przywoływana kilkukrotnie w rozmowie, to znana m.in. ze wspólnot anonimowych alkoholików modlitwa: „Boże, daj mi pogodę ducha, abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagę, abym zmieniał to, co mogę, i mądrość, abym odróżniał jedno od drugiego”. „Letters from a Stoic” to popularny angielski wybór „Listów moralnych do Lucyliusza” Seneki.)