Jak przetrwać najbliższe dwa lata w biznesie

2026-09-24 • Alex M H Smith • AI zagraniczne •opinia •waga 4/5 •34 min czytania

Tanie AI rozbraja fosy nudy i ekspertyzy, więc agresywni przedsiębiorcy z technologii wchodzą na dotąd spokojne rynki. Jedyna obrona to atak: potrojona ambicja, głębsze myślenie i zaufanie zamiast ekspertyzy.

Robocza publikacja redakcyjna na podstawie publicznego transkryptu YouTube. Źródło: YouTube.

Oryginalny tytuł filmu

How to survive the next two years of business

O czym jest ten film

  1. Według Alexa Smitha trwa wielkie przetasowanie branż: sprawdzone techniki marketingowe przestają trafiać do celu, oferty wymagają wielu rozmów zamiast jednej, a klienci pytają, za co właściwie płacą. Rynek z 2024 roku nie wróci.
  2. Przez dwie dekady rewolucje typu Uber czy Netflix omijały większość rynków nie dlatego, że te były doskonałe, lecz dlatego, że wejście do nich było nudne i mało opłacalne (niski ROI). Nuda była fosą chroniącą przeciętne firmy.
  3. Fosa ekspertyzy też pada – na papierze każdy już „umie wszystko”, bo AI zrobiło z wiedzą to samo, co z produkcją treści.
  4. Na „nudne” branże zmierza specyficzny typ gracza – operatorzy frontieru: skrajnie ambitni, obojętni na work-life balance, z mentalnością „zwycięzca bierze wszystko”, trzymający rękę na pulsie technologii.
  5. Przykład: firma od bram garażowych A1, przejęta podobno za 2 mld dolarów – zwykła konsolidacja lokalnych zakładów plus nowoczesny marketing, bez żadnej przełomowej innowacji; przeciętni gracze nie mieli odpowiedzi.
  6. Powód inwazji: technologia tanieży operacyjną robotę, więc bariery wejścia spadają, a ROI rośnie. Jednocześnie okazje w samej technologii się kurczą – agresywni gracze szukają nowych łowisk.
  7. Kluczowa teza: gdy coś staje się tanie i powszechne, traci wartość. Nowe możliwości AI to twoja ekspozycja na ryzyko, nie szansa – jeśli coś jest łatwe, nie da dźwigni.
  8. Jedyna obrona to atak: nie zarządzać firmą stojącą w miejscu, lecz ją prowadzić – bo trudno trafić w ruchomy cel.
  9. Trzy zachowania operatora: potrojona ambicja (wymusza myślenie strategiczne), cotygodniowy system „myśliciela treści” w pięciu krokach (bez AI przy pisaniu) oraz budowanie zaufania na rzeczach nie do sfałszowania.
  10. Na koniec trzy rozmowy do odbycia z zespołem: szanse na trzykrotny wzrost w 18 miesięcy; branża za pięć lat; co sądzą o nas konkurenci. I wybór ostateczny: ofensywa albo etat – środka nie ma.

10 najważniejszych takeaways — z kontekstem zastosowania

1.Stabilna obsada branży to sygnał ostrzegawczy, nie powód do spokoju

Na czym polega: Jeśli główni gracze w twojej kategorii nie zmienili się od 10–15 lat, to nie znaczy, że rynek jest zdrowy. Znaczy, że był dla ambitnych zbyt mało opłacalny, by zawracali sobie głowę. Nuda była fosą – i ta fosa właśnie wysycha.

Jak stosować: Zrób prosty audyt: kto rządzi w branży, od kiedy, i co się ostatnio zmieniło w kosztach wejścia (automatyzacja, AI, marketing). Jeśli bariery tanieją, zakładaj, że wkrótce pojawi się ktoś głodniejszy od ciebie.

Na co uważać: Nie myl braku ataków z własną wybitnością. Test: gdyby jutro wszedł ktoś z kapitałem i nowoczesnym marketingiem – co konkretnie powstrzymałby go przed zabraniem ci rynku?

2.Tanie możliwości to ekspozycja na ryzyko, nie przewaga

Na czym polega: Gdy coś staje się obfite i tanie, traci wartość – to podstawy popytu i podaży. To, że AI ułatwia treści, software czy marketing, nie wzbogaca przeciętnych. Umożliwia najlepszym sięgnięcie po dotychczasowe zyski przeciętnych.

Jak stosować: Przy każdej nowej możliwości zadaj pytanie: czy to trudne do skopiowania? Jeśli nie – nie buduj na tym przewagi. Traktuj to jako koszt utrzymania się w grze, a nie źródło różnicowania.

Na co uważać: Euforia nad nowymi narzędziami. Jeśli wszystkich stać na daną rzecz, przestaje ona wyróżniać – paradoksalnie staje się standardem, którego brak dyskwalifikuje.

3.Jeśli coś jest łatwe, nie da dźwigni

Na czym polega: Przykład treści z 2023 roku: gdy AI zrobiło produkcję łatwą, zyski tych, którzy dopiero co do niej dołączyli, wyparowały, a mistrzowie użyli technologii do przypieczętowania pozycji. Wartość pochodziła z rzadkości, nie z samych cech produktu.

Jak stosować: Inwestuj w to, co pozostanie trudne nawet z AI: głęboka specjalizacja, rozpoznawalność, relacje, zaufanie. Tam, gdzie łatwość rośnie, szukaj jednej warstwy wyżej – przemyśleń tego, jak działa cała branża.

Na co uważać: Jeśli twoja przewaga opierała się na umiejętności, którą AI właśnie skopiowało, „że wszyscy mogą” oznacza spadek twojej pozycji, nie awans.

4.Potrój ambicję – w celach obronnych

Na czym polega: Mała ambicja pozwala myśleć taktycznie, małymi krokami – co w obecnym klimacie prowadzi do schyłku. Wielka ambicja wymusza myślenie strategiczne: szukanie innego modelu, rynku czy sposobu rywalizacji. Operatorzy nie są mądrzejsi – stawiają sobie problemy nie do rozwiązania samą ciężką pracą.

Jak stosować: Wyznacz cel wzrostu, którego pewnie nigdy nie osiągniesz (np. trzykrotność w 18 miesięcy). Nie chodzi o jego spełnienie, tylko o przestawienie mózgu na poszukiwanie jakościowo innych rozwiązań.

Na co uważać: To nie jest nakaz pracy na zużycie ani rezygnacji z życia. Cel osiągalny metodą „rok temu, tylko szybciej” nie zmienia sposobu myślenia – i dlatego nic nie daje.

5.Prowadź firmę, zamiast nią zarządzać

Na czym polega: Zarządzanie to utrzymywanie statku w nienagannym stanie – który buja się na środku oceanu. Prowadzenie to świadomy kurs z punktu A do B, cięcie przez rynek, budowanie czegoś ponad siebie. Trudno trafić w ruchomy cel: jeśli ruszysz pierwszy, to ty wywracasz rynek, a nie ktoś ciebie.

Jak stosować: Zdefiniuj punkt B – konkretny i ambitny. Raz w tygodniu oceń szczerze, które decyzje faktycznie przesuwają cię w jego stronę, a które tylko gaszą pożary.

Na co uważać: Aktywność nie równa się ruchowi. Optymalizacja istniejących procesów bywa najdroższą formą stania w miejscu.

6.Nagrywaj rozmowy i wykopuj z nich własne myśli

Na czym polega: Żywa rozmowa – nie samotne zadumanie – jest fabryką świeżych pomysłów. Surowe transkrypcje rozmów plus cotygodniowy przegląd wyłaniają trzy–siedem naprawdę oryginalnych myśli, których w chwili rozmowy nie zdążyłeś zapisać.

Jak stosować: Nagrywaj wszystkie rozmowy służbowe narzędziem do transkrypcji (autor używa Granoli). Raz w tygodniu zleć AI (np. Claude) listę tego, co sam powiedziałeś, a co brzmi świeżo – z zasadą: tylko twoje słowa, bez upiększania, AI jako sekretarka.

Na co uważać: Nie mieszaj cudzych pomysłów ze swoimi – chcesz rozwijać własny warsztat myślowy, nie kompilować innych. Ignoruj też automatyczne notatki; złoto siedzi w surowym tekście.

7.Rozwijaj pomysły sam – bez AI jako współautora

Na czym polega: AI jest wymowniejsze i płodniejsze od człowieka. Jeśli dasz mu głos przy rozwijaniu własnych myśli, przejmie dowodzenie. Szkic dopracowany samodzielnie buduje twój sposób rozumienia świata; bezbłędny tekst zsyntetyzowany przez maszynę – nie.

Jak stosować: Zamień wybrane myśli w krótkie publiczne wpisy (ok. 300 słów) – presja publikacji utwardza pomysły. Co dwa tygodnie scalaj je w dłuższe eseje: zauważanie, jak pomysły zagnieżdżają się w sobie, ćwiczy rozpoznawanie wzorców, czyli myślenie strategiczne.

Na co uważać: Pokusa „partnera do myślenia”. Jest wygodna i właśnie dlatego niebezpieczna – trening, który nie wymaga wysiłku, nie buduje mięśnia. Nagrywanie krótkich wideo to dobry dodatek: buduje odwagę sceniczną przydatną w sprzedaży i przy ludziach.

8.Buduj zaufanie na rzeczach nie do sfałszowania

Na czym polega: Skoro każdy może dziś wyglądać na eksperta, demonstracja wiedzy (raporty, webinary, frameworki) przestała świadczyć o kompetencji. Zaufanie buduje się na sygnałach, których nie da się podrobić – bo są trudne albo drogie.

Jak stosować: Wybieraj sygnały kosztowne lub niepodrabialne: wystąpienia na żywo i na wideo, rekomendacje rozpoznawalnych podmiotów, widoczne inwestycje (zespół, biuro, reklamy jako wotum wiarygodności), prawdziwy – nie dokupiony – zasięg.

Na co uważać: Kosztowne sygnały to budżet, nie przychód: droga kampania „działa”, nawet gdy nic nie sprzedaje – ale nie zastąpi realnej oferty. Nie każda droga rzecz jest też sygnałem: liczy się to, czego konkurent nie może podrobić.

9.Reputacja zmienia się wolno – wykorzystaj to

Na czym polega: W świecie, gdzie wszystko przyspiesza, reputacja zmienia się najwolniej – w obie strony. Rozpoznawalność bywa samospełniającą się przepowiednią: gdy branża wie, kim jesteś i po co idziesz, cel staje się bardziej prawdopodobny.

Jak stosować: Przeprowadź test trzeciej rozmowy: gdy ktoś szuka pracy w branży, czy celuje w waszą firmę? Gdy media piszą o kategorii, czy dzwonią do was? Jeśli nie – wbij flagę (powiedz wprost, po co idziesz), zrób ruch, o którym będzie głośno, buduj mit wokół firmy.

Na co uważać: Bycie dobrym w fachu to nie to samo, co bycie postrzeganym jako wiarygodny. To dwie różne rzeczy – i dziś decyduje ta druga.

10.Wybierz tryb: ofensywa albo etat – środka nie ma

Na czym polega: Autor bez uszczypliwości: etat to dziś „lifestyle business 2026 roku” – daje więcej wolności niż kurczący się biznes bez ambicji. Nie da się zachowywać, jakby był rok 2019, i mieć nadzieję, że drapieżnicy wybiorą inną branżę.

Jak stosować: Podejmij świadomą decyzję: albo podnosisz poziom gry (ambicja, ruch, zaufanie), albo świadomie chronisz styl życia w etacie. Obie drogi są uczciwe.

Na co uważać: Dryfowanie między trybami – najgorsza opcja, bo ponosisz koszty i ryzyko przedsiębiorcy, nie zbierając ani swobody etatowca, ani zysków zwycięzcy.

Redakcyjne tłumaczenie

Wielkie przetasowanie już trwa

Od razu powiem: nie wymyślasz sobie. To się naprawdę dzieje – wielkie przetasowanie niemal każdej branży, w którym wytycza się nowe granice, dawni liderzy się przewracają, a o nowych zwycięzcach dopiero zapadnie decyzja. Doradzam strategicznie firmom takim jak Porsche czy Procter & Gamble i powiem wprost: każda firma, z którą rozmawiam – dwumiliardowa, dwumilionowa czy mniejsza – przeżywa to identycznie. Pod stopami zachodzą zmiany, które wytrącają z równowagi i objawiają się całą serią symptomów, praktycznie bez wyjątku złych. Sprawdzone techniki marketingowe przestają trafiać do celu. Oferty, które kiedyś zamykało się po jednej rozmowie, wymagają dziś trzech, czterech, sześciu. Produkt, o który wszyscy niegdyś zabiegali, leży na półce. A klienci, którzy jeszcze niedawno nie kwestionowali wartości, teraz studiują liczby i pytają: za co właściwie płacimy?

Na razie nie musi to wyglądać na katastrofę. To zwykle sygnały, które łatwo zignorować – zrzucić je na słabą koniunkturę, porę roku, wojnę gdzieś w świecie albo pomruczeć coś pod nosem o AI. Więc pracuje się dalej, trochę ciężej niż kiedyś, próbując odzyskać choć część wyników z 2024 roku. Muszę przekazać twardą prawdę: ten świat przepadł. Rynek z 2024 roku nie wróci. Zmienia się coś fundamentalnego – i to nie tylko przez sztuczną inteligencję. Gdy opadnie kurz, na szczycie znajdą się ci, którzy pierwsi to zobaczyli. Chcę, żebyś był jednym z nich.

W tym materiale pokażę, że na tym chaosie zarobi bardzo konkretny typ człowieka. Tacy ludzie już wchodzą na twoje rynki – być może od dobrych osiemnastu miesięcy. Jeśli nie chcesz stać się ich ofiarą, masz tylko jedną opcję: stać się jednym z nich. Zapraszam w podróż, na której zrozumiemy, co się zmienia, czego wymaga dziś wygrywanie – i jakie nawyki trzeba przyjąć, żeby z tego skorzystać.

Dlaczego nie powstał „Uber zdjęć szkolnych”

Zacznijmy od pytania: dlaczego nie ma „Ubera zdjęć szkolnych”, „Netflixa elektryków” ani „Airbnb rekrutacji IT”? Dwadzieścia lat trwa era, w której atrakcyjny startup wchodzi do branży pełnej starych, zasiedziałych graczy i wywraca ją do góry nogami – a jednak, na ile by te przykłady nie były sławne, właściwie nie zdarzało się to często, prawda? Za każdym razem sięgamy po te same nazwiska. Czemu?

Z pewnością nie dlatego, że pozostałe branże są tak doskonałe. Nie są ani odrobinę lepsze od Blockbustera czy taksówek. Powód to trzy najważniejsze litery w biznesie: R, O i I – zwrot z inwestycji. Operacyjna harówka związana z wejściem do większości branż była ogromna, a potencjalna nagroda niska. Najzdolniejsi i najagresywniejsi przedsiębiorcy świata rzucili okiem na te rynki i poszli gdzie indziej – a wszyscy wiemy dokąd: do Doliny Krzemowej, tam gdzie zwrot był wysoki, gdzie talent, kapitał i wysiłek najlepiej się opłacały i tam się skupiały. Firmy z pozostałych branż były przez lata chronione – ale nie dzięki geniuszowi strategicznemu, nie dzięki świetnym relacjom z klientami i z pewnością nie dzięki jakości pracy. Chroniła je zwykła nuda. Niechęć do wchodzenia na te rynki była fosą większości firm na planecie. I właśnie ta fosa pozwalała im przez dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści lat wygodnie dryfować, nie robiąc nic szczególnego. Znasz takie firmy. Może sam taką prowadzisz: rynek od piętnastu lat stabilny, koleżeński, przyzwoicie dochodowy. Coś się czasem wydarzy – nowy konkurent, jakiś trend – ale nic, z czym nie dalibyście sobie rady. Biznes się kręci, życie jest miłe, a wieczorem, patrząc w lustro, mówisz sobie, że to zasługa twojego fachu.

Spróbujmy jednak być ze sobą szczery. Czy na pewno o to chodzi? Czy raczej ludzie z prawdziwym talentem, werwą i agresją uznali po prostu, że nie warto szturmować tego, co robisz, że to nie warte ich czasu? Ciekawą wymianę zdań na ten temat miałem po jednym z moich wystąpień – z kobietą prowadzącą rodzinną firmę produkującą okna. Powiedziała, że konkurenci, którzy się u nich pojawiają, to w większości fuszerzy: robią lichą robotę i łatwo ich odganiać. Typowe doświadczenie porządnej firmy. Tylko że nie fuszerze powinni nas niepokoić. Niepokoić nas powinien typ człowieka, od lat ciągnący do najbardziej lukratywnych branż – człowiek z Doliny Krzemowej, który lada moment zawita do branży obok ciebie.

Operatorzy frontieru

Nazywam ich operatorami frontieru (ang. frontier operators – ludzie działający na samym skraju tego, co technologia i trendy właśnie czynią możliwym). W technologii jest ich pełno, w paru modnych branżach konsumenckich też, ale wszędzie indziej to rzadkość. Mają bardzo konkretny zestaw cech – na pewno je rozpoznasz. Po pierwsze: skrajna ambicja. Po drugie: work-life balance kompletnie ich nie obchodzi. Po trzecie: mentalność „zwycięzca bierze wszystko”. Po czwarte: trzymają rękę na pulsie najnowszych technologii i trendów. Po piąte: mają dobry gust. Po szóste: z natury myślą strategicznie.

To właśnie oni spustoszyli tradycyjne branże, o których mówiliśmy – Uberem, Netfliksem. To przez nich te kategorie nie przypominają stanu z 2008 roku. I niech wystarczy tyle: dla obecnych graczy ci ludzie są, delikatnie mówiąc, bardzo uciążliwi – bo próbują naprawdę, bardzo mocno, i mają wrodzone umiejętności z dziedzin, których starsze kadry kierownicze po prostu nie posiadły. Gdy taki ktoś wchodzi do branży, wydaje się to wręcz nieuczciwe, jak łamanie niepisanych reguł: „Hej, umawialiśmy się, że tutaj nie staramy się zanadto!”. Niestety – oni niczego takiego nie podpisali.

Ktoś przysłał mi maila ze świetnym przykładem, jak to wygląda w praktyce. Jest taka firma od bram garażowych, podobno nazywa się A1, i niedawno została przejęta za dwa miliardy dolarów. Bram garażowych! Jak do tego doszło? To niewiele więcej niż konsolidacja. Założyciel, Tommy Mello, wykupił mnóstwo lokalnych firmek, nałożył na to elegancką warstwę marketingu – i przeciętni gracze tej branży nie mieli z czym temu iść. Nie umieli konkurować z kimś, kto po prostu robi solidną, nowoczesną robotę. To nawet nie była innowacja w sensie przełomu – to był po prostu ktoś działający na poziomie, do którego branża nie przywykła. I dokładnie w tym tkwi ryzyko: ktoś podnosi poprzeczkę na wysokość, na której dotychczasowi uczestnicy rynku czują się bezradni.

Jeśli zastanawiasz się, czy i tobie grozi taki najazd, zrób prostą próbę myślową. Odpowiedz sobie szczerze: czy główni gracze w twojej branży są w zasadzie ci sami od dziesięciu, piętnastu lat? Jeśli tak – choć brzmi to jak stabilność, w rzeczywistości świadczy tylko o tym, że twoja branża do tej pory oferowała tym ludziom za niski zwrot, by zawracali sobie głowę. Jak zaraz zobaczymy, długo już tak nie zostanie. A jeśli odpowiedziałeś „nie” – cóż, najpewniej już ich widzisz i czujesz na własnej skórze.

(Informacja dodatkowa: A1 Garage Door Service to amerykańska firma założona przez Tommy’ego Mello, która skupuje lokalne zakłady serwisujące bramy i scala je pod jedną marką – w branży taki model nazywa się „roll-upem”, czyli łączeniem rozdrobnionych firm w jeden organizm.)

Więc: przez dwie dekady ignorowali twoją branżę. Dlaczego mieliby się zjawić właśnie teraz?

Inwazja: dlaczego teraz

Krótka odpowiedź: nuda wciąż istnieje, ale stała się tania. Cała operacyjna harówka – administracja, koordynacja, produkcja, ta cała czarna robota – tanieje z miesiąca na miesiąc. Z powodów dobrze nam znanych bariera wejścia na każdy rynek spada (o czym wielokrotnie mówiłem na tym kanale), a zatem potencjalny zwrot z wejścia na każdy rynek rośnie. Do akwarium wpływa więcej rekinów.

A jest jeszcze gorzej. Ta rewolucja trwa już od dawna, ale rozkładała się nierównomiernie. Branże o wysokim zwrocie – na przykład software – zapełniły się i wyczerpały: firmy technologiczne, jak wiadomo, mają pod górkę. Operatorzy są więc wypychani z technologii w miarę, jak okazje się kurczą i pochłania je AI. Efekt? Generacja ekstremalnie agresywnych talentów szuka, gdzie by się podziać – dokładnie w momencie, gdy twoja nudna, stabilna, chroniona branża staje się ekonomicznie ciekawsza. Różnymi prędkościami, ale ruszą na te zaniedbane rynki jak szarańcza. Muszą ruszyć. Czemu mieliby nie?

I najdziwniejsze jest to, że wszystko powyższe to objaw tego, iż świat rzekomo się upraszcza – z czego większość ludzi wyciąga zupełnie zły wniosek. Patrzą na technologię, widzą, że rzeczy tanieją, że nuda tanieje – i wpadają w euforię: świetnie, to co było dla mnie trudne, jest teraz łatwe, do dzieła! Treści, software, marketing, produkcja – miliony ludzi gorączkują się na ten temat. Biedne naiwniaki. Popełniają błąd tak elementarny, że wstyd go powtarzać, ale powtórzę: gdy coś staje się obfite i tanie, traci wartość. To alfa i omega popytu i podaży. Dostępność czegoś nie sprawia, że przeciętni gracze stają się lepsi, kompetentniejsi albo bogatsi. Jedyne, co robi, to pozwala najlepszym – operatorom – sięgnąć ramieniem do twarzy przeciętnych. Większość ludzi nie zarabia na tym cudzie technologicznym. Ona na nim traci. I widzimy to dziś wszędzie.

Łatwe nie daje dźwigni

Klasyczny przykład – treści, bo sam to przeżyłem. W 2023 roku ludzie tacy jak ja odnieśli świetne wyniki dzięki temu, że potrafiliśmy wytwarzać treści przyzwoitej jakości i w skali. Nic dziwnego, że ci, którzy nie potrafili, ucieszyli się, gdy przyszło AI i nagle też mogli. Tylko czegoś nie pojęli – i wciąż nie pojmują: dobra treść nigdy nie była cenna sama w sobie. Była cenna dlatego, że była rzadka, trudna do zrobienia. I w tej samej sekundzie, w której przestała być, zyski, na których liczyły rzesze zachwycone AI, wyparowały, nim zdążyły je chwycić. A ci, którzy biegli już na mistrzowskim poziomie? Po prostu wzięli tę technologię i przypieczętowali swoją przewagę.

Zapisz sobie to, bo to jeden z kluczowych morałów tej opowieści: jeśli coś jest łatwe, nie da ci dźwigni. Inaczej mówiąc – nie da ci pieniędzy. Nowe możliwości, którymi obdarza nas AI i inne technologie, nie są twoją szansą. Są twoją ekspozycją na ryzyko. Niezależnie od tego, co kto ci powie. Zniknęła ściana, która stała między tobą a tłumem ludzi dużo głodniejszych od ciebie. Głodniejszych – to kluczowe słowo.

Fosa ekspertyzy też pada

Warto przy okazji wspomnieć o jeszcze jednej fosie, którą straciło mnóstwo firm: ekspertyzie. Wiedza o tym, jak robić to, co robisz. Jeszcze trzy lata temu samo posiadanie takiej wiedzy – projektowanie, analityka danych, na końcu choćby te bramy garażowe – miało ogromną wartość. Klienci byli w praktyce twoimi zakładnikami: to ty trzymałeś klucze. Wiadomo, że już tak nie jest. Na papierze dziś każdy umie wszystko – i to jest kolejna fosa zdjęta przeciętnemu biznesowi. Ja sam mogę się teraz pobawić w eksperta od cyberbezpieczeństwa. Nie mam po co, ale mógłbym.

Bez nudy i ekspertyzy, które nas chroniły, zapory puszczają. I zaczyna się ta wojna, której pierwsze podmuchy czujemy już teraz.

Koniec cichego paktu o nieagresji

Tyle firm mogło tak długo egzystować w spokoju dlatego, że między nimi a konkurentami istniał niepisany pakt o nieagresji. Zażyły kartel dżentelmenów, dekadami dzielących wspólny rynek: dobre pieniądze, przyjemna praca, wygodna równowaga między nią a życiem. Wszyscy trochę się otłuszczyli i opiesziali, bo żaden dynamiczny talent nigdy nie przebił tej bańki. I szczerze – było pięknie. Sam byłem w sercu wielu takich firm. A na drugim końcu skali – my: biznesy lifestyle’owe. Konsultanci, freelancerzy, coachowie, designerzy. Kawiarniana klasa, sącząca flat white, dłubiąca przy stronie na Squarespace, ceregieląca się z MacBookiem. Znam ten urok z autopsji, bo sam jestem z tej zbrodni – i spora część was pewnie też. Duży czy mały, ten spokój działał z jednego powodu: konkurenci mieli dokładnie te same ambicje co my. Wszyscy byliśmy tacy sami. Każdemu wystarczał dryf przy stu tysiącach rocznie albo firma z obrotami siedmiu milionów, w słodkiej pewności, że żaden żądny krwi młody wilk nie przyjdzie zepsuć imprezy.

Cóż – ten rozejm nie wytrzyma. Z przykrością to mówię: zadowolenie z siebie to dziś zabójca. Życie na luzie stało się zagrożeniem dla życia zawodowego. Nie da się już wymieniać przeciętnego wysiłku na przeciętną nagrodę. Chcesz tego czy nie – walka się rozpoczęła. Albo zjesz, albo zostaniesz zjedzony. I jak w takim świecie przeżyć?

Jedyna opcja: atak

Masz dokładnie jedną opcję. Długo o tym myślałem i drugiej nie znajduję: sam stań się operatorem frontieru w swojej dziedzinie. To wzorzec, który muszę teraz wbijać do głowy każdemu klientowi. Atak to jedyna pozostała forma obrony. Pierwsza rzecz, którą robię z każdym, z kim pracuję: przenoszę go na ofensywę, na znacznie wyższy poziom inicjatywy i głodu, niż miał do tej pory – i niż sam by wybrał. Jesteś drapieżcą albo zdobyczą. Ty robisz pogodę w swojej branży albo znośzisz pogodę robioną przez kogoś innego. To właśnie znaczy „albo zjesz, albo zostaniesz zjedzony”.

A teraz konkretnie i strategicznie, bo „bądź bardziej agresywny” to rada nic nie warta. Chodzi o różnicę między dwoma słowami: zarządzać firmą a prowadzić firmę. Pomyśl: większość liderów biznesu w gruncie rzeczy wcale nie jest liderami. Nikogo nigdzie nie prowadzą. To menedżerowie: mozolnie trzymają wszystko w ruchu, gaszą problemy, gdy się pojawią, próbują utrzymać pozycję. Może coś tu i ówdzie zoptymalizują, żeby podbić wynik o włos. Gdyby taka firma była statkiem, miałaby wypastowane pokłady, zadowoloną załogę i nienagannie zwinięte olinowanie – i bujałaby się na środku oceanu, nie płynąc nigdzie. Zapomniano, że statek to środek transportu. Statkiem się sprawnie zarządza, tylko że z miejsca nie rusza. Statystycznie to najpewniej właśnie ty.

Operatorzy frontieru są skrajnie inni. To liderzy w ścisłym sensie: nie zarządzają firmą stojącą w miejscu, tylko ją prowadzą. Skupieni są na przepłynięciu z punktu A do punktu B, świadomie torują sobie drogę przez rynek i budują coś ponad siebie – coś, co ich rozciąga. Łapiesz tę różnicę? Między dłubaniem przy firmie tkwiącej w miejscu a faktycznym przesuwaniem jej dokądś, z wizją, która odpowiada na fale rynku wokół ciebie? Mam nadzieję, bo to klucz do twojej obrony. Nie żartuję: trudno trafić w ruchomy cel. Firma, która aktywnie coś buduje i robi fale, jest o wiele mniej podatna na wywrócenie – bo tym razem to ona wywraca. Firmy prowadzone w ten sposób nie siedzą bezradnie na wodzie, modląc się: „oby nic się nie zmieniło, oby konkurencja nas zostawiła”. Więc cel makro jest taki: podnieść się z krzesła i zacząć firmę przesuwać. Zaatakuj konwencje swojej kategorii, zrób fale, które zepchną innych z kursu. Wyśrubuj sobie absurdalną ambicję – cel, którego prawdopodobnie nigdy nie osiągniesz – a potem wyjdź i próbuj, zobacz, co się stanie. Bo, do licha, jeśli ty nie zaczniesz się ruszać, ruszy ktoś inny – i wtedy to ty będziesz reagować na jego ruchy i się przed nimi bronić. A właśnie tam zaczyna się niszczenie.

Przy okazji: nie sprawia mi to żadnej przyjemności. Tak, w pewnym sensie to dla mnie okazja – firmom potrzebna jest pomoc w układaniu tego kursu i to jest moja robota – ale każdą moją przewagę równoważy fakt, że sam stoję twarzą w twarz z tymi samymi siłami. Przykład z własnego podwórka: jestem jednoosobową firmą i od mniej więcej pół roku dążę do tego, by stać się najdominującym autorytetem strategicznym na planecie. Nie dlatego, że szczególnie mi na tym zależy, ani że sądzę, iż mi się uda. To ruch obronny. Widzisz to myślenie w akcji, oglądając ten film. Nie chce mi się tego robić – no dobrze, trochę chce, zwłaszcza jeśli zostawisz miły komentarz – ale muszę. Bo jeśli sam nie będę operatorem frontieru w branży strategii, nie będę zabójcą – to padnę ofiarą. W praktyce oznacza to myślenie głębiej, dostosowywanie się szybciej i pracę cięższą niż kiedykolwiek. Nikt nie obiecywał, że będzie lekko, prawda?

„Nie chcę być takim człowiekiem”

Zajmijmy się na moment zarzutem, który narastał w tobie przez ostatnich dziesięć minut: nie chcesz takim człowiekiem być. Może nawet nie podważasz mojej analizy – po prostu to nie ty. Dla porządku: ja też nie chciałem. To nie było w moich planach. Szczerze uważam, że ów stan zadowolenia, którym żyliśmy przez całą dekadę 2010., był znakomity. I nie kpię: zażyły rynek, dobre pieniądze, przyjemna równowaga praca–życie – moim zdaniem tak właśnie powinien wyglądać biznes. To było naturalne i tak chciałoby się pracować. Ale przykro mi: to się kończy. I to, że ja wolę stary świat – albo że ty go wolisz – nie sprowadzi go z powrotem.

Wyjaśnijmy więc, o co cię naprawdę proszę. Bo gdy słyszysz „operator frontieru, robiący pogodę”, wyobrażasz sobie ludzi śpiących pod biurkiem albo tech-brorem z gorączką w oczach, nakręconym na produktywność po uszy. Nie musisz. Nie musisz stawać się kimś wbrew sobie – przynajmniej zwykle. Ale musisz przyjąć kilka bardzo konkretnych zachowań; tak, tych, które niektórzy z tych ludzi też mają. Z jakiegoś powodu odnoszą sukcesy, nieprawdaż? Powiem ci o nich, a ty pewnie nie będziesz chciał. Będziesz się tłumaczyć: „no tak, ale nie w mojej branży”, „to tylko hype, przejdzie”, „relacje nadal się liczą, ten facet nie zna mojego biznesu”. Pozwól, że zrobię ci małą interwencję. Posłuchaj mnie, bo sam siedziałem w dokładnie tym psychologicznym punkcie, w którym jesteś teraz. Wiem, jak to jest. Głęboko rozumiem ten opór. Przytłaczająca większość ludzi – ja w każdym razie bardzo – nienawidzi zmiany. Oczywiście wierzymy, że jesteśmy elastyczni, ale przez to rozumiemy coś w stylu „lubię podróżować w nowe miejsca” albo „lubię odnawiać mieszkanie”. To nie jest zmiana, bo nie wymaga, byśmy sami się zmienili. Zmieniające się okoliczności są jak najbardziej w porządku, dopóki możemy dryfować z tym samym zestawem przekonań, talentów, wiedzy i uprzedzeń. Ale poproś nas o zmianę – nie, dziękuję. Bo to wymaga przyznania, że się myliliśmy. Że nasze obecne umiejętności nie wystarczają. Że trzeba rozmontować dotychczasowy sposób działania. Można to nazwać wręcz małą śmiercią ego – i nie wiem, jak ty, ale ja nie mam na nią specjalnej ochoty. Jak ty, jestem gotów wydać dziesięciokrotnie więcej energii i sprytu na dowiedzenie, że mam rację, niż na zmianę zdania. Przez dekady to wysterczało, bo żeby przetrwać, trzeba było mieć rację w jednej, dwóch sprawach: jakąś umiejętność, jakąś bazę klientów, jakąś pozycję. Wystarczało. Ale tak dryfować już się nie da. Trzeba zajrzeć w ten cień, który tłumiliśmy całe życie. Obejrzeć to, czym pogardzamy. Zajrzeć tam, gdzie nie chcemy. Przyjrzeć się temu, czym nie chcielibyśmy być – bo to nauczy nas tego, czego potrzebujemy, ale przed czym uciekamy. Nie jestem psychologiem, ale jeśli to wszystko odrzucasz, to może być po prostu obrona ego. Bądźmy przynajmniej otwarci na taką możliwość. To był motyw całego mojego 2026 roku.

I jeszcze jedno: to ma być trudne. Pamiętasz – łatwość jest naszym problemem, więc trudność jest naszym sprzymierzeńcem. Im większy opór czujesz, tym bardziej powinieneś się cieszyć, bo to znak, że zadziała. Wyniki spoza skali wymagają zachowań spoza skali – i to jest cała zasada działania operatora frontieru. Nie talent. Nie młodość. Nie jakaś nadludzka wytrzymałość, której nam brakuje. Po prostu przyjęcie do wiadomości, że to, co trudne i rzadkie, pozostaje cenne. Dobra, do rzeczy: trzy zachowania do zainstalowania w głowie i w codzienności.

Zachowanie pierwsze: radykalna ambicja

Pierwsze na liście, od którego zależy cała reszta. Instrukcja jest śmiesznie prosta: cokolwiek uważasz dziś za swoją ambicję – dla firmy, dla kariery – potro ją. Co najmniej potro, może bardziej, pomnóż przez dziesięć, jeśli chcesz. Choć tak nie brzmi, robimy to w celach obronnych – bądź pewien, że ludzie wokół ciebie, w twojej branży, robią to samo. Przede wszystkim musimy ich wyrównać. A szczerze: nie ma nawet znaczenia, czy ten cel osiągniesz ani czy go w ogóle chcesz. Nie o to chodzi. Chodzi o to, co zrobi z twoim mózgiem. Im mniejsza ambicja, tym większe problemy – przynajmniej w biznesie, a pewnie i szerzej. Skromna ambicja pozwala na myślenie taktyczne, krok po kroczku, a to w obecnym klimacie prowadzi prosto do schyłku. Wielka ambicja wymusza myślenie strategiczne: patrzenie daleko, myślenie szerzej, sięganie po więcej – a to prowadzi do wzrostu. W ten właśnie sposób przełączasz umysł na najwyższe obroty. Musisz zachowywać się tak, jakbyś chciał zdobyć świat. Skromne cele są bowiem osiągalne tym, co już wiesz – zrobisz to, co rok temu, tylko odrobinę szybciej i sprawniej. Nigdy nie musisz być naprawdę twórczy, nigdy nie musisz się niczego nauczyć. Natomiast cele absurdalne są nieosiągalne metodą małych kroków – i jedynym sposobem podejścia do nich jest wymyślenie innej odpowiedzi, innego modelu, innego rynku, innego sposobu rywalizacji. To jest główny powód, dla którego operatorzy frontieru wydają się lepszymi strategami od wszystkich. W większości nie są sprytniejsi. Po prostu postawili sobie problem, którego nie da się rozwiązać cięższą pracą – i codziennie zmuszeni są z niego myśleć sobie wyjście, podczas gdy ty sumiennie optymalizujesz swoją nieruchomą machinę. Ten statek bujający się na oceanie. Więc wyznacz sobie cel wzrostu, którego pewnie nigdy nie osiągniesz. A potem po prostu idź próbować.

Zachowanie drugie: wygra najgłębszy myśliciel

Druga sprawa, bardzo mi droga – być może dlatego, że gra na moich upodobaniach – to moje przekonanie, że w niedalekiej przyszłości zwycięska firma w niemal każdej kategorii będzie prowadzona przez najgłębszego myśliciela. Nigdy wcześniej tak nie było. Dlaczego więc teraz? Dojrzewające branże przechodzą zawsze tę samą drogę, którą można opisać jako przejście od mięśni do głowy. Mięśnie: czy umiesz coś zrobić. Głowa: jak o tym myślisz. W fazie mięśni wygrywają ci, którzy najchętniej działają i brudzą sobie ręce. Najsłynniejsi przedsiębiorcy naszego życia byli wykonawcami w stu procentach: zbudowali i zarobili, podczas gdy rozmarzeni teoretycy wciąż tkwili na starcie, wpatrzeni we własne pępelki. Ale technologia przejmuje wykonywanie – albo mocno je ułatwia. Wykonawcy tracą część dźwigni, a myśliciele zyskują możliwości, których nigdy nie mieli. Gdy zrobienie rzeczy standardowej staje się łatwe – a chyba się zgodzimy, że właśnie się stało – przewaga przesuwa się do tych, którzy potrafią wymyślić rzecz niestandardową. To podnoszenie się o poziom abstrakcji widać dziś w mnóstwie branż. Weź design: kiedyś wystarczało umieć projektować i można było z tego żyć. Potem Canva, Claude i inne narzędzia odebrały tę dźwignię. Dziś wygrają ci, którzy przemyślą, jak w ogóle działa branża designu.

Jak więc zostać głębszym myślicielem? To wbrew pozorom proste – i jest na to metoda, która ci się spodoba. To pewna forma tworzenia treści, tylko nie taka, do której przywykłeś. Twoim zadaniem nie jest bycie twórcą treści, lecz czymś, co nazywam myślicielem treści (ang. content thinker). Myśliciel treści też produkuje treści – ale z jawnym celem: rozwijać realne mistrzostwo w swojej dziedzinie. Zbieranie obserwujących to najwyżej efekt uboczny, a wcale nie musi go być. Wielcy przedsiębiorcy przeszłości byli myślicielami treści. Steve Jobs był. Jeff Bezos jest. Naval Ravikant jest. I kluczowe, co trzeba o nich zrozumieć: żadnemu z nich główną pracą nie były treści ani zdobywanie widowni w internecie. Ich główną pracą była ich praca. Treściami posługiwali się po swojemu, żeby myśleć lepiej, manewrować zręczniej i grać skuteczniej niż wszyscy w swojej dziedzinie. I tak – moim zdaniem – należy teraz, w 2026 roku, treści używać.

(Informacja dodatkowa: Naval Ravikant to inwestor i współzałożyciel AngelList, znany z aforyzmów o bogactwie i pracy, które sam upowszechniał właśnie w formie krótkich publicznych wpisów.)

Pokażę ci system, którego sam używam co tydzień. Jest banalny. Pięć kroków, przejdę błyskawicznie.

Krok pierwszy: nagrywaj każdą rozmowę służbową. Mowa – nie siedzenie i zadumanie – jest fabryką świeżych myśli. Kiedy rozmawiasz z drugim człowiekiem, jesteś żywy, napięty, przeplatasz swoje idee z jego. To o klasę mocniejsze niż siedzenie przy komputerze. Problem w tym, że jeśli rozmawiasz jak trzeba, jesteś całkowicie w chwili – i nie notujesz najlepszych myśli, które przychodzą ci do głowy. Dlatego potrzebujesz narzędzia do transkrypcji. Ja używam Granoli i jestem nią zachwycony. Niech nagrywa i spisuje wszystkie twoje rozmowy. Notatki, które takie aplikacje generują, spokojnie zignoruj – nie o to chodzi. Chodzi o surowe transkrypcje. To w nich siedzi złoto.

(Informacja dodatkowa: Granola to popularna aplikacja nagrywająca i transkrybująca spotkania, dopasowująca notatki do przebiegu rozmowy.)

Krok drugi: raz w tygodniu te transkrypcje przekop. Zlecam Claude, żeby zrobił mi długą listę punktową: wszystko, co powiedziałem w tych rozmowach, a co brzmi jak świeży pomysł. Zasady: tylko twoje słowa, nie twoich rozmówców – to ich własność intelektualna; żadnego upiększania ze strony AI – ma oddać wypowiedzi możliwie dosłownie; ma być sekretarką i niczym więcej. Oczywiście wyłoni się mnóstwo badziewia, ale będzie tam też trzy do siedmiu linijek naprawdę ciekawego myślenia, które warto kopać głębiej.

Krok trzeci: zamień najlepsze punkty z tej listy na krótkie wpisy – platforma obojętna. Trzy, może siedem sztuk, po trzysta słów, jak komu wygodnie. Choć budowanie widowni nie jest celem, rób to publicznie – presja, którą to tworzy, zmusza cię do utwardzenia pomysłów. I to właśnie tu dzieje się magia. Przekładanie niedopieczonych myśli na spójne wpisy to moment, w którym wtapiasz je w swój rzeczywisty warsztat. To twoje powtórzenia na siłowni. W ten sposób przygotowujesz się, by w każdej żywej sytuacji swobodnie sięgać po te myśli i dokładać je do konkretów. I dlatego – nie potrafię tego wystarczająco podkreślić – nie używaj tu AI. Ani na jotę. Żadnego „to mój partner do myślenia”. Żadnego „wyzwela moje myślenie”. AI jest wymowniejsze i płodniejsze od ciebie: daj mu palec, weźmie rękę i zawładnie tobą. Szkicowa myśl, którą rozwiniesz i dobudujesz sam, jest dziesięć razy cenniejsza dla ciebie i dla twojego obrazu świata niż bez skazy zsyntetyzowany przez maszynę tekst.

Krok czwarty, opcjonalny: możesz te wpisy nagrywać jako krótkie wideo – reelki i tym podobne, jeśli chcesz przyłożyć. Mówienie działa jeszcze lepiej niż pisanie, a przy okazji buduje odwagę sceniczną – przyda się przy prowadzeniu zespołów, sprzedaży, zdobywaniu finansowania.

Krok piąty: co dwa tygodnie spójrz na opublikowane wpisy i połącz część w esej – weź różne, sklej, tysiąc słów albo więcej. Zaczniesz zauważać, że pomysły wchodzą w siebie nawzajem: okazuje się, że wpisy z wtorku i czwartku są wycinkami tego z piątku. To jest prawdziwa nagroda, bo scalanie ich ćwiczy rozpoznawanie wzorców – a to jest dokładnie to samo, co myślenie strategiczne. I raz jeszcze: żadnej AI. Każdy przywódca, którego podziwiałeś, dawał sobie radę bez tej kuli. Jemu wyszło – tobie też wyjdzie. Pamiętaj: szukamy tego, co trudne.

Zrobisz to wszystko – a to naprawdę parę godzin tygodniowo, bardzo „pasywny” system – i będziesz najmocniejszym myślicielem w swojej branży. Zobaczysz to, co jeszcze za zakrętem, a co innym objawi się jak magia. I, szczerze mówiąc, jest w tym frajda. Skąd, myślisz, biorą się te filmy? Właśnie stąd.

Zachowanie trzecie: twórz zaufanie

Trzecia sprawa to bardzo duży temat makro. Skoro ekspertyza i wykonanie stają się tanie, musimy się zmierzyć z nowym, niewygodnym faktem: ekspertyza wypadła z gry, a na jej miejsce wchodzi zaufanie – to ono naprawdę się liczy. Zbyt łatwo jest dziś wyglądać na eksperta, wyglądać na kogoś, kto się zna. AI podpowie ci, co mówić – i wszyscy wiedzą, że to nic nie znaczy. Przez lata rada dla większości firm, zwłaszcza w B2B, sprowadzała się do jednego polecenia: demonstruj ekspertyzę. Napisz przewodnik, zrób webinar, opublikuj swój framework, wydaj raport branżowy – i tak dalej. I to działało, bo demonstrowanie ekspertyzy było kiedyś trudne i stanowiło wiarygodny sygnał kompetencji. Dziś nie jest trudne – więc przestało być sygnałem.

Zamiast pielęgnować wrażenie ekspertyzy, musisz zacząć pielęgnować wrażenie zaufania – a to zupełnie inna gra. Zaufanie buduje się świadomie, opierając się na rzeczach, których nie da się sfałszować. Mówienie na wideo – trudne do podrobienia. Występowanie na żywo. Rekomendacje i partnerstwa z większymi, zaufanymi podmiotami – takich nie dało się sfabrykować. Różne formy kosztownej sygnalizacji – sygnałów wiarygodnych właśnie dlatego, że są drogie. Nawet drogie reklamy: nieistotne, czy „działają” w sensie sprzedaży; budujesz zaufanie. Biura, zespoły, tego typu rzeczy. Duże, prawdziwe zasięgi w internecie – nie astroturfing, czyli nie sztucznie dokupone rzesze followersów. Szukaj po prostu rzeczy, które da się zrobić wyłącznie drogą trudną i kosztowną. Nie obchodzi mnie, czy jesteś ekspertem, i nie obchodzi mnie, czy dobrze wykonasz robotę – każdy może to o sobie powiedzieć. Obchodzi mnie, czy jesteś prawdziwy. Musisz znaleźć sposób, żeby mi to udowodnić. Bo w czasach, gdy wszystko pędzi, ironicznie jedyna rzecz, która nie pędzi, to reputacja. Reputacja i rozgrzana narracja w branży – bycie tym wiarygodnym, o którym się mówi – buduje się bardzo powoli i topnieje bardzo powoli. A przy okazji bywa samospełniającą się przepowiednią: jeśli cała branża wie, kim jesteś i po co idziesz, rzecz, do której zmierzasz, staje się bardziej prawdopodobna. Bycie dobrym w swoim fachu – przykro mi – znaczy dziś bardzo mało. Bycie postrzeganym jako wiarygodny znaczy bardzo dużo. Uświadom sobie, że to nie jest to samo.

Trzy rozmowy na start

Dobrze – mam nadzieję, że teoria zasiedziała i masz nad czym pracować. Teraz kilka działań do wzięcia od razu, które zaczną wdrażać to, o czym mówiliśmy.

Pierwsze, przy okazji: jeśli cię to interesuje, dołącz do mojej zamkniętej społeczności Rare Mind, w której rozmawiamy dokładnie o tym, jak wygrywać w nadchodzącej erze. Co tydzień dostajesz ode mnie esej, jest czat tylko dla członków i comiesięczne spotkanie, na którym rozbieram na czynniki pierwsze strategie uczestników. Jest też wersja darmowa z samymi esejami. Link w opisie, jakieś czternaście dolarów miesięcznie – jeśli cię to obchodzi, spróbuj.

Drugie: odbyj rozmowy – z partnerem, z zespołem – które naprawdę uruchomią mózgi we właściwym kierunku. To bardzo konkretne rozmowy. Uwierz mi: to, o czym rozmawiacie w firmie na co dzień, będzie głównym czynnikiem decydującym o tym, gdzie skończycie. Trzeba tymi rozmowami świadomie kierować. Oto one.

Rozmowa pierwsza: jakie są szanse, że urośniemy trzykrotnie w ciągu najbliższych osiemnastu miesięcy? To reset ambicji. Konkretne liczby nie mają znaczenia – „trzy razy w osiemnaście miesięcy” to tylko skrót myślowy oznaczający: najlepszy możliwy wynik, jaki można sobie życzyć w waszych okolicznościach. Coca-Cola nie potroi przychodów, ale ma swoją wersję tego pytania. Tak czy inaczej – najpewniej nie jesteś prezesem Coli, a dla ciebie coś takiego jest w pełni realne i uczciwe, więc śmiało. Cel tego pytania jest taki, że na nim zawiedziesz. Ma być prowokacyjne. Gdybyś zapytał „ludzie, mamy dobrą strategię?”, doszlibyście wspólnie do „tak” na fali waszych miernych, drobnych planów. W tym wydaniu poprzeczka dla „tak” jest o rząd wielkości wyżej – dokładnie tam, gdzie chcemy ją mieć, by wejść w nowy tryb.

Rozmowa druga: gdzie będzie nasza branża za pięć lat? Żeby myśleć obrazem całości, żeby wyrwać głowy z dnia codziennego. Nie jestem zwolennikiem całej tej mantry „pędź tam, gdzie krążek dopiero dojedzie”. Nie wierzę, by ktokolwiek z nas potrafił przewidywać przyszłość; widziałem firmy, które rozpadły się, budując się pod wyobrażoną przyszłość, która nigdy nie nadeszła. Nie o to chodzi. O przyszłości trzeba rozmawiać z dwóch innych powodów. Po pierwsze, podnosi to wzrok ponad trywialne sprawy tego, co dzieje się w firmie w danym tygodniu. Po drugie, pozwala się zabezpieczyć: głupio byłoby budować firmę pod świat, w którym każdy ma chipy AI w głowie – ale jako eksperyment myślowy, jako pytanie „jak byśmy się dostosowali, gdyby tak się stało”, nie jest to głupie. Zasada: nie zastanawiamy się, co stanie się z naszą firmą, naszymi ludźmi czy klientami. Myślimy wyżej i szerzej – o całej branży.

(Informacja dodatkowa: aluzja do słynnych słów hokeisty Wayne’a Gretzky’ego – „pędzę tam, gdzie krążek dopiero dojedzie” – chętnie cytowanych w świecie biznesu jako pochwała prognozowania przyszłości.)

Rozmowa trzecia: co sądzą o nas nasi konkurenci? Kiedy ktoś szuka w tej branży pracy, czy jesteśmy firmą, w którą celuje? Kiedy Financial Times pisze o tej branży, czy to do nas dzwonią, na nas się powołują? To pytanie o to, czy w ogóle nas zauważają – i jest ignorowane oraz niedoceniane. Odpowiedziane szczerze, na początku zaboli. Bo żeby odbyć tę rozmowę, dość łatwo odkryjesz, że nikt o tobie w ogóle nie myśli. A nawet gdyby, nie miałby żadnej szczególnej opinii, bo nie dałeś mu materiału do myślenia. Nie zbudowałeś mitu. Nie zrobiłeś na rynku ruchów, o których warto mówić. Nie wbiteś flagi, mówiąc wprost, po co idziesz. Nie przesuwasz firmy – grzecznie nią zarządzasz, grzecznie dłubiesz, załatwiasz sprawy tak, jak je rozumiesz. A to znaczy, że jesteś podatny. Nie jesteś operatorem frontieru, dopóki to nie o tobie mówią wszyscy pozostali. Zabiegaj o uwagę – bo to jedyny zasób, którego nikt nie wytwarza więcej.

Epilog: wybierz stronę

I to tyle. Tak naprawdę myślę – nie zamierzam opisywać świata takim, jakim chciałbym, żeby był. To mój odczyt tego, co się dzieje. Uważam, że musisz stać się operatorem frontieru, i powiedziałem swoje.

Dam ci jeszcze jedno wyjście. Jeśli naprawdę jesteś oddany stylowi życia – równowadze między pracą a życiem, luzowi, niedonoszeniu pracy do domu, skromnym aspiracjom finansowym – i nie ciągnie cię nic z tego, o czym mówiliśmy: ani podnoszenie ambicji, ani robienie pogody – to jest bardzo proste i dobre rozwiązanie, jeśli jesteś w stanie je znaleźć: weź etat. I mówię poważnie, bez cienia uszczypliwości. Tak się dziwnie poukładało, że etat to lifestyle business roku 2026. Choć nie wygląda, wolność, jaką daje praca od dziewiątej do piątej z dwudziestoma pięcioma dniami płatnego urlopu, jest dziś znacznie większa niż ta, którą dostaniesz z prowadzenia firmy. To w pełni uczciwa odpowiedź i ścieżka. I powiem – brzydko się zrobiło, że ludzie zaczęli się wstydzić etatu. Etat, jeśli można go dostać, jest świetny. Tym, co nie jest opcją, jest środek. Nie można chcieć autonomii i udziału w zyskach, zachowując się, jakby był rok 2019, i mieć nadzieję, że operatorzy frontieru wybiorą sobie inną branżę. Nie wybiorą. Musisz dokonać wyboru. Albo rzucić się w to na maksa, albo wziąć etat. Jedno i drugie jest w porządku. Dryfowanie pomiędzy – nie.

Potrój ambicję jako środek obronny. Zostań najgłębszym myślicielem swojej branży, tydzień po tygodniu. Przestań odgrywać eksperta i zacznij budować zaufanie. To wszystko. Do wzięcia od dziś. Prawie nikt tego nie zrobi. Ale jeśli zrobisz, obiecuję ci jedno: po drugiej stronie dyskomfortu znajdziesz coś jeszcze. Znajdziesz życie, które tam na ciebie czeka. Przygodę, ryzyko – to wszystko, o czym zawsze mówiłeś, że chcesz, choć tak naprawdę nie mówiłeś tego serio. To ja właśnie to odkrywam – odkąd przyjąłem te twarde fakty. Szczerze mam nadzieję, że zrobisz to samo. A jeśli chcesz robić to ze mną – dołącz do Rare Mind. Dostaniesz tam też darmową książkę „The Strategy Instinct”, która wprowadzi cię w prawdziwe myślenie strategiczne. Bo, wiecie, przyda się nam wszystkim.